czwartek, 9 czerwca 2016

LBA

O mój Boże... Kompletny zaskok. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Dziękuję Ci Karinga za tę nominację. 

Moje odpowiedzi:

1 . Ulubione jedzenie.
Potrawka z kurczaka z ryżem.

2. Ulubione zajęcie w czasie wolnym, nie licząc pisania. 
Śpiew i słuchanie muzyki. A także czytanie książek romantycznych.

3. Jeśli miałabyś/miałbyś wybrać swoją zaletę i wadę, jakim zwierzętom byś ją przypisał/ła?
- wiecznie uśmiechnięta – szczęśliwy pies
- uparta - osioł

4. Na ile jesteś zadowolona/zadowolony ze swojego bloga?
6/10

5. Masz możliwość przez jeden dzień mieszkać w pałacu. Opisz swój dzień.
Cały boży dzień siedziałabym w komnacie, czytając książki. Nie przepadam za tego typu atrakcjami. 

6. Wierzysz w to, że każdy ma przeznaczoną sobie jedną osobę.
Tak. Wierzę w to całym sercem.

7. Napisz pierwsze zdanie, jakie przyjdzie ci do głowy, po posłuchaniu ulubionej piosenki.
AJ jest seksowny.

8. Ulubiona piosenka.
Backstreet Boys - Everybody

9. Ulubiony cytat z twojego bloga.
„Jack, nieziemsko przystojny…”.

10. Czy jest książka z której ciągle się nie uleczyłaś?
Cała saga „Zmierzchu”.


Moje pytania:

1. Dlaczego postanowiłaś pisać bloga?
2. Twój ulubiony aktor.
3. Kim chcesz zostać w przyszłości?
4. Twoje hobby.
5. Jaki jest Twój ulubiony blog?
6. Jakie masz plany na wakacje?
7. Jaka jest Twoja ulubiona książka?
8. Co w życiu jest dla Ciebie ważne?
9. Ile czasu spędzasz przy komputerze? (dziennie)
10. Jakie cechy najbardziej cenisz w ludziach?
11. Jaką supermoc chciałabyś posiadać?

Nominuję:

http://dlaczego-kochamy-tak-mocno.blogspot.com/
http://hathaway-bielikov.blogspot.com/
http://tak-bardzo-cie-kocham-roza.blogspot.com/

Rozdział 14. Szalony rytm serca

Po około dwudziestu minutach drzwi do łazienki się otworzyły. Gdy Jack wyszedł oniemiałam z wrażenia. Wiedziałam, że będzie wyglądał rewelacyjnie, ale nie sądziłam, że aż tak. Jego przystojna twarz rozświetlała pokój. Serce zaczęło bić mi szybciej.
- Ej, co jest? Wyglądasz, jakbyś rozbierała mnie wzrokiem, a dopiero co się ubrałem. – powiedział z cwanym uśmieszkiem. Wiedział, że na niego lecę i niecnie to wykorzystywał. Pewnym krokiem podszedł do mnie i nachylił się lekko. Ja jednak wyminęłam go i powiedziałam:
- Moja kolej. – zrobił minę urażonego dziecka i usiadł na łóżku.
Szybko się umyłam, zrobiłam lekki makijaż i spięłam włosy w kucyk. Ubrałam się w jeansy i zwiewną, niebieską koszulkę. Gdy wyszłam wszystko było posprzątane.
- Zgłupiałeś? – zapytałam – Jeszcze tego brakowało, żebyś sprzątał w moim pokoju.
- Przecież ja też tu spałem. Po prostu odwdzięczam się za gościnę. – odpowiedział i podszedł bliżej. Zlustrował mnie wzrokiem od dołu do góry i podniósł jedną brew.
- No, co? – spytałam niecierpliwie. Czekałam aż coś powie.
- Zrobiłaś to specjalnie. – nie wyglądał na zadowolonego.
- O czym ty mówisz? – zdziwiłam się. Podszedł i objął mnie w talii. – No powiesz mi w końcu, o co chodzi?
- Wyglądamy tak samo. – odsunęłam się od niego. Rzeczywiście. Oboje mieliśmy niebieskie bluzki i jeansy. Wybuchłam śmiechem.
- Uwierz mi, to nie było zamierzone. Zaraz się przebiorę i… - odwróciłam się, lecz on pochwycił moją dłoń. 
- Nie, nie trzeba. W ogóle mi to nie przeszkadza. Jesteś bardzo słodka, gdy jesteś taka roztrzepana. – uśmiechnął się zalotnie.
- Mówisz?
- Tak, i to jeszcze jak. – przyciągnął mnie do siebie i ujął moją twarz w dłonie.  Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w moje usta, aż wreszcie poczułam na sobie jego wargi. Zamknęłam oczy. Pocałunek był namiętny, ale wyczuwałam w nim nutkę zachłanności. Po kilku minutach zaczął całować moją szyję, a mi serce zaczęło bić, jak oszalałe. Byłam wręcz pewna, że on słyszy jego przyspieszony rytm. Lekko zsunął mi rękaw bluzki i pocałował ramię. Później wrócił do ucha i szepnął:
- Podobało się? – Odsunął się i uśmiechnął w ten niesamowity sposób. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa i nie chciały mnie dłużej utrzymywać. Więc Jack nachylił się i mnie złapał.
- Zrobiłeś to specjalnie. – powiedziałam z wyrzutem. Pomógł mi wstać.
- Ja? Nie wiem, o czym ty mówisz. – zrobił minę niewiniątka. Nasze przekomarzania przerwał dzwonek, mówiący o tym, że jedzenie jest już gotowe.
- Chodźmy jeść. – rzekłam, ciągnąc go za rękę. – Jeszcze do tego wrócimy.
- Bardzo ładnie pachnie to twoje „danie jedenaste”. – odparł, gdy schodziliśmy do kuchni.
- Może to nie to, co faszerowana kaczka, ale da się zjeść. – odpowiedziałam. Jedliśmy naleśniki z syropem czekoladowym, a do tego sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. To moje ulubione danie. Jack jadł, aż mu się uszy trzęsły. Gdy tak na niego patrzyłam coś błysło mi w słońcu. I wtedy przypomniałam sobie, o co miałam go zapytać.
- Jack, - popatrzył na mnie – jaki masz łańcuszek? Zapewne nie taki, jak ja, a bardzo mnie to ciekawi.
Wyjął wisior spod koszulki, a moim oczom ukazał się srebrny księżyc.
- Ty masz Wisior Miłości, a ja mam Wisior Nieba. – powiedział, patrząc na moją szyję. Odruchowo dotknęłam jego łańcuszka. Był diamentowy, podobnie jak mój.
Z zamyślenia wyrwał mnie telefon. Przestraszona, aż podskoczyłam. To był SMS od Martina. Było mi tak przyjemnie z Jack’iem, że kompletnie zapomniałam o Martinie. Dopuściłam się zdrady, to niedopuszczalne. Martin był pierwszy.
Zawartość wiadomości była następująca:
„Różyczko moja kochana, mocno tęsknię za tobą. Bardzo bym chciał, mieć cię przy sobie. Jednak wiem, że to niemożliwe. Myślę o tobie w każdej chwili. Każdy kwiat przypomina mi ciebie. Nie potrafię skupić się na zajęciach, bo zakrzątasz moją głowę. Ale wiem, że za dwa dni będziemy razem. I tylko to sprawia, że jakoś się trzymam. Kocham, Martin.”
I co ja mam teraz zrobić? Przecież nie powiem o tym Jack’owi.
-   Kto to? – zapytał z zaciekawieniem Jack.
- Martin. Pisze, że tęskni. – odpowiedziałam lakonicznie. Jack zmarszczył brwi. Był przy tym bardzo poważny. Spojrzałam na zegarek. Była godzina wpół do jedenastej.
- Ale późno się zrobiło. Mam parę rzeczy do załatwienia. Chcesz mi pomóc, czy wracasz do domu? – zapytałam chłopaka. W kuchni pojawiła się pani Brenda, aby zabrać naczynia.
- Mogę ci pomóc, a co będziemy robić?
- Pani Johann, czy chce pani wypłatę pieniężną, czy czekiem? – zapytałam gosposię.
- Jeżeli to nie sprawi Panience problemu, to wolałabym pieniądze. – odpowiedziała mi kobieta.
 - Oczywiście. Jak Pani wygodnie. – kobieta zabrała się do pracy.
- To właśnie będzie nasza praca. Idziesz ze mną? – zwróciłam się do Jack’a.
- Pewnie. A dokąd, jeśli można wiedzieć? – spytał chłopak.
- Do sejfu. – odpowiedziałam. Weszliśmy do pomieszczenia o czerwonych ścianach. Było tu czysto i pusto, bo oprócz wielkiej skarbonki, nie było tu nic. Kod był sześciocyfrowy: 170390 – data moich urodzin, do tego potrzebny był również odcisk mojej dłoni.
- Nie boisz się, że wykorzystam dostęp do tego twojego sejfu? – zapytał Jack. Zaśmiałam się głęboko.
- Oczywiście, że nie. W środku są kamery, więc gdy wejdzie inna osoba niż ja, to sejf się nie otworzy. – odpowiedziałam chłopakowi.
- O rany… - zdziwił się Jack, gdy wielkie, metalowe pudło się otworzyło.
- Co cię tak dziwi? Nie wiedziałeś o tym, że jestem milionerką? Jestem najbogatszą dziewczyną w całym mieście. Sponsoruję trzy fundacje dla dzieci i dwie dla starszych ludzi. Ufundowałam teren sportowy mojemu liceum. – Willows otworzył buzię ze zdziwienia.
- Jak to możliwe? – spytał wybałuszając oczy.
 - Moi rodzice byli bogaci, a ja odziedziczyłam to wszystko po nich. Byłam jedyną spadkobierczynią.
- Proszę. – powiedziałam, podając plik banknotów.
- Ile zarabiają u ciebie pracownicy?
- Dwa i pół tysiąca miesięcznie. Może to niedużo, ale mieszkają tu i jedzą, więc powinno wystarczyć na ich zainteresowania. – odparłam, zamykając sejf. - Może wreszcie zamkniesz buzię, co?
- Wciąż nie mogę w to uwierzyć. – rzekł, gdy wychodziliśmy z sejfu.

środa, 1 czerwca 2016

Rozdział 13. Problem

*** 


Obudziłam się wtulona w Jack'a. Spał z uśmiechem na twarzy. Ciekawe co mu się śniło? 
Zaraz… 
Nic nie słyszę. Czyżby nie śnił o niczym? A pani Brenda? Też nic. Pan Johann? Głucho. Co jest? Może się przeterminowałam? Nie, to niemożliwe. Przecież, gdy stałam się tą Szatiarką to jeszcze wszystko słyszałam. Muszę sobie przypomnieć odkąd tak mam. W ogóle o tym zapomniałam. Dziwnie się bez tego czuję. Taka cisza w mojej głowie. To nie do zniesienia. Nie myślałam, że kiedykolwiek do tego zatęsknię, ale teraz mnie to bardzo niepokoi. Zerwałam się na równe nogi. Niestety przy tym obudziłam Jack’a. 
- Co się stało? – zapytał zdezorientowany. 
- Nic nie słyszę. – odpowiedziałam. 
- Co się stało?! – powtórzył głośniej. 
- Mógłbyś przestać się drzeć? – spytałam zbulwersowana i zakryłam uszy. Nie dosyć, że mam swoje problemy to ten jeszcze wrzeszczy mi do ucha. Wyglądał na zagubionego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak to musiało wyglądać. 
- Nie chodzi o to, że nie słyszę, bo słyszę. 
- Że co? Mogłabyś mi to wytłumaczyć? – zapytał spokojniej i już ciszej. 
- Nie słyszę myśli. – wytłumaczyłam mu. – Nic, kompletna pustka. Pomyśl o czymś – poprosiłam. 
- O czym? 
- O czymkolwiek. Po prostu to zrób. – ponowiłam prośbę. – Już? – spytałam po dwóch minutach. 
- No. Przez głowę przeleciało mi tyle myśli, że nie nadążyłabyś ich wszystkich zobaczyć. – odpowiedział. Byłam załamana tym co usłyszałam. Opadłam na łóżko i schowałam twarz w poduszce. 
- Nie przejmuj się. Może to tylko przejściowe. A miałaś jakieś inne moce? – próbował mnie pocieszać. 
- Tak, ale działają. Na przykład wiem, że sąsiadka Pervell jest teraz z dziećmi na mieście i jedzą gofry z truskawkami. – odparłam. 
- WOW. Potrafisz to sprecyzować z taką dokładnością? – nie dowierzał. 
- Tak. Od zawsze to potrafiłam. A ty od kiedy widywałeś przyszłość? – spytałam zainteresowana.
- Odkąd dołączyłem do Szatiarzy. Dostałem ten dar od władcy. – rozszerzyłam oczy z zaskoczenia – Właśnie tak. Zdziwiło mnie to, ponieważ zwykle daje się takie pobieżne dary, jak przykładowo twoje. Czyli szybkość, siłę i tym podobne. A ja dostałem tak ważny. Inne oczywiście też mam, ale pan powiedział, że ja na niego zasługuję, bo miałem największe poświęcenie. – wytłumaczył mi. 
- Jakie? – dociekałam. Nie wyglądał na zadowolonego, gdy zadałam to pytanie. – Jeśli nie chcesz to nie mów. 
- Nie chodzi o to, że ci nie ufam. Po porostu wspomnienia wracają, a ja nie chce mieć tego znowu w głowie. – wyjaśnił mi. Pierwszy raz widzę go przygnębionego. Zawsze mnie pocieszał, więc teraz przyszła moja kolej. Przytuliłam go, a on mnie objął. 
- Nie zamartwiaj się. Z czasem wspomnienia znikną. A ja wolę cię uśmiechniętego. Odsunęłam się, by spojrzeć mu w oczy, zaś on odgarnął mi włosy z czoła i wreszcie się uśmiechnął. Moje ciało zadziałało natychmiast. Osunęłam się bezwładnie na łóżko. 
- Przepraszam. Nie mogłem się powstrzymać, żeby cię zobaczyć taką bezbronną. 
- Nie musisz przepraszać, że się uśmiechasz. Warto było znowu to zobaczyć. – odpowiedziałam, wyszczerzając zęby. Zaczął się śmiać, zapewne ze mnie. Musiałam wyglądać przekomicznie. Widząc go takiego, zawtórowałam mu. Nie mogliśmy załapać tchu pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu. 
Nawet nie zauważyłam, gdy Jack przestał. Zawisł nade mną przez chwilę i spojrzał mi w oczy. Starałam się już nie śmiać i normalnie oddychać. Złapał mnie za nadgarstki wciąż nie odrywając ode mnie wzroku. Powoli przybliżał swoją twarz do mojej. To ja pierwsza zamknęłam oczy, gdy poczułam jego wargi na swoich ustach. Pocałunek był zmysłowy i zachęcający do dalszych zabaw. Jednak po pięciu minutach naszej ustnej igraszki, ktoś zapukał do drzwi. W jednej chwili Jack wstał i pociągnął mnie za sobą. 
- Proszę – powiedziałam, gdy poprawiłam ubranie. 
- Dzień dobry, panienko Rosemarie, panie Willows. – przywitała się pani Brenda – Czy mam zrobić śniadanie, czy panienka będzie jadła na mieście? – dodała. Spojrzałam pytająco na Jack’a. On tylko się uśmiechnął. Jednak nie całkowicie. Tak, że jeszcze stałam o własnych nogach. 
- Zjemy tutaj. Proszę przygotować danie jedenaste. – odpowiedziałam. 
- Już się robi. – rzekła i wyszła, zamykając drzwi. Jack odwrócił się do mnie. 
- Co to jest „danie jedenaste”? – spytał, łapiąc mnie za rękę.
- Niespodzianka. Dowiesz się dopiero, gdy zejdziemy na dół. – odpowiedziałam, mierzwiąc mu włosy. 
- Może byśmy dokończyli to, co nam tak brutalnie przerwano? – zapytał z nadzieją w głosie.
- Nie ma takiej opcji. Musimy się przebrać do śniadania, nie uważasz? Nie przystoi nam iść w takich ubraniach, w jakich tu przyszliśmy. – powiedziałam sprytnie. 
- Właściwie to ja tu przyszedłem, a ty na moich rękach. A tak poza tym to ja nie mam w co się ubrać, więc zostaje tak, jak jestem. – odparł. 
- Nie ma tak dobrze. Mam coś, co będzie pasować na ciebie idealnie. – pobiegłam do garderoby i wyciągnęłam z szafki parę przedziurawionych, jasnych jeansów i zdjęłam z wieszaka chabrową koszulkę, która cudownie podkreśli mu mięśnie. Do tego bieliznę i czarne buty. 
- Proszę. – powiedziałam, podając mu rzeczy i wepchnęłam go do łazienki. – Masz pół godziny.

poniedziałek, 30 maja 2016

Rozdział 12. Pragnienie

                                               ***

Jezu Chryste, co to za dziwak? W co ja się wpakowałam? Jaka chłosta, to jest nienormalne. Przecież nie żyjemy w średniowieczu. Gdy wyszliśmy z tej sali byłam cała roztrzęsiona.
- Rose, wszystko w porządku? - zapytał Jack.
- Tak - skłamałam.
- Przecież widzę, że jesteś załamana. - jednak zauważył.
- To czemu się głupio pytasz? - byłam coraz bardziej rozdarta.
- Bo to mnie tylko utwierdziło, że nie czujesz się dobrze. Chodź do mnie. - przytuliłam go. Naprawdę tego teraz potrzebowałam. Pocałował mnie we włosy i pogładził po plecach.
- Mógłbyś mnie zawieźć do domu? Tylko najpierw się przebiorę. - zapytałam.
- Nie musisz się przebierać. Te stroje są szyte na miarę. Na nikogo innego nie będą pasować. Po prostu są twoje. - powiedział Jack.
- Jednak wolę się przebrać. Nawet do samochodu się nie zmieści ta suknia. - uśmiechnęłam się blado. Chwilę później byliśmy już u pani Karp.
- Jak poszło? - zapytała na wejściu.
- Świetnie - powiedziałam nieszczerze. - Wracam do domu i chciałabym się przebrać.
- Oczywiście. To twoje rzeczy. - podała mi ubranie, a ja poszłam do łazienki. Przez drzwi słyszałam rozmowę Jack'a i madame Sofii.
- Wie pani, to jest bardzo delikatna sprawa. Rose chciała, by ta informacja została między nami. Żeby nikt o tym nie wiedział. Czy mogę liczyć na pani dyskrecję, madame Karp? - spytał grzecznie chłopak.
- Oczywiście, ale czy jesteś pewny, że robisz dobrze? Czy władca przypadkiem nie powinien o tym wiedzieć? - niepewnie zapytała kobieta.
- I co by to dało? Mogłoby nawet pogorszyć sprawę. Nie uważa pani, że władca mógłby chcieć zabić Rose dla władzy? Ta sprawa jest bardzo delikatna, więc im mniej osób o tym wie, tym lepiej. - podsumował Jack. A ja ubrana już wyszłam z łazienki.
- Czy jesteś gotowa? Możemy jechać?
- Tak. - odpowiedziałam krótko.


Oczami Jack'a...

Rose szybko zasnęła w samochodzie. Widać była bardzo przybita wyjaśnieniami władcy. Tym razem już wiedziałem gdzie znajduje się jej dom, więc podjechałem pod bramę. Automatycznie się otworzyła i wjechałem dalej. Ostrożnie wysiadłem i wyciągnąłem Rose z samochodu. Musiała być bardzo zmęczona, ponieważ nawet się nie przebudziła, gdy ją niosłem do domu.
Drzwi otworzył nam starszy pan po pięćdziesiątce.
- Dzień dobry - przywitałem się.
- Dzień dobry, panie Willows - odpowiedział mężczyzna. Byłem zdziwiony, że zna moje nazwisko. Jemu się nie przedstawiałem. Najwyraźniej gosposia musiała mu o mnie powiedzieć.
Wszedłem z Rose na górę do jej sypialni i delikatnie położyłem ją na łóżku. Jak ona jest piękna, gdy śpi. Po prostu aniołek. Dobrze, że patrzenie na śpiące dziewczyny nie jest karalne. Umarłbym chyba, gdybym nie mógł na nią patrzeć. Delikatnie uśmiechała się przez sen. Sama słodycz po prostu. Ciekawe czy przy innej dziewczynie też bym się tak zachwycał, jak przy Rose? Czy tylko jest to spowodowane zauroczeniem? Przy niej tracę zmysły. Gdy jest przy mnie, staram się resztkami sił, opanować moje zdenerwowanie. Nigdy czegoś takiego nie miałem. Oczywiście spotykałem się z dziewczynami, ale to był tylko czysty seks. Nic mnie z nimi nie łączyło. Aż do chwili, gdy zobaczyłem Rose. Już wtedy, w tunelu wiedziałem, że jest kimś wyjątkowym. Ten jej upór i arogancja tylko mnie do niej zachęcił. Może to głupie, ale im bardziej się buntowała, tym bardziej mnie do niej ciągnęło. Czułem, jakby była mi przeznaczona. Jednak to do niej należy decyzja. To ona jest Księżniczką, a ja... Kim ja tak naprawdę jestem? Nikim. Zwykłym Szatiarem, na którego Bogini Nieba nawet nie spojrzy.
- Jack... - wyrwał mnie z zamyślenia głos Rose. Już chciałem się odezwać, gdy zobaczyłem, że ma zamknięte oczy. Czyżby znowu o mnie śniła? To mi się w głowie nie mieści. Jestem chyba najszczęśliwszym chłopakiem na ziemi. 
Zbliżała się północ i postanowiłem, że czas by już opuścić mą ukochaną. Już zacząłem wstawać, gdy ona przyciągnęła mnie do siebie. 
- Zostań ze mną, proszę. - powiedziała już w pełni świadoma. Musiałem ją niechcący obudzić. - Nie zostawiaj mnie samej.
- Dobrze. Zostanę. - odpowiedziałem, a ona położyła głowę na mojej piersi. I w tej oto pozycji spaliśmy to rana.

wtorek, 24 maja 2016

Rozdział 11. Strach przed nieznanym

Znowu wchodziliśmy po tych starych schodach. Jakby nie mogli zrobić tu windy. Strasznie mnie to denerwowało. Trwało to stanowczo za długo. 
- Czemu nazwałeś mnie Błękitną Księżniczką? - zapytałam Jack'a, gdy pan Charlie nie mógł nas usłyszeć.
- Rose, jesteś nią. Jesteś Boginią Nieba. Dlatego w twoim tytule jest błękit. - odpowiedział spokojnie.
- Ale co to znaczy?
- Jest legenda, że Trzynasta Gwiazda przyniesie nam zbawienie. Tylko w jednym stuleciu pojawiła się trzynastka. To była twoja mama. Ty jesteś druga. Dziedziczysz władzę. Wiedziałem o tym, odkąd zobaczyłem twoje ramię. Wiedziałem, że należysz do rodziny królewskiej. - wytłumaczył. 
- Przecież moja mama umarła na białaczkę. - zaprotestowałam. To nie mogło dziać się naprawdę. To było sprzeczne z naturą. Nic z tego nie rozumiałam. 
- Twoja ludzka, zastępcza matka. Boginie w niebiańskim świecie nie mogą mieć dzieci. A przynajmniej te dzieci nie mogą tam przebywać. Dlatego Księżniczka Isabella musiała cię oddać ludziom. Życie w przestworzach byłoby dla ciebie wówczas bardzo niebezpieczne. Teraz jednak, to ty będziesz musiała przejąć władzę i ocalić nasze istnienie. W tobie jest nadzieja na to, że nasz gatunek przetrwa. - mówił, z niepewnością w oczach. Zapewne bał się, że zaraz ucieknę stąd z krzykiem. W zasadzie chciałabym to zrobić, ale wiem, że i tak mnie znajdą.
- Kto jeszcze o tym wie? - spytałam - Nie chcę, żeby inni zachowywali się tak, jak madame Karp. To strasznie wkurzające. 
- Tylko my troje. Ja nikomu nie powiedziałem, jeżeli poprosimy panią Sofię, to też powinna nic nie mówić. A ty chyba sama siebie nie wydasz, co?
- Oczywiście, że nie. Masz mnie za głupią? - zbulwersowałam się.
- Nie, jednak musisz pamiętać, że zwykłym ludziom nie możesz tego powiedzieć. Innym Agryfinom również, ponieważ ktoś może wykorzystać te informacje przeciwko tobie. - odparł z przejęciem.
- Czy władca o tym wie? - spytałam.
- Nie, i chyba będzie najlepiej, jeżeli się nie dowie. Dla nich jesteś po prostu zagubioną gwiazdą. 
Odetchnęłam z wyraźną ulgą. 
W końcu dotarliśmy na miejsce. Pan Braun otworzył nam drzwi i uśmiechnął się uspokajająco.
Mistrz Black ubrany był w biały garnitur. Zupełnie nie wiem po co. Kompletnie to do niego nie pasowało. Ciekawa jestem kto go ubrał. Na pewno facet. Kobieta nigdy nie wybrałaby takiego bezguścia. 
- Rosemarie. Wyglądasz oszałamiająco. - zachwycił się władca.
- Dziękuję - powiedziałam i lekko dygnęłam. Naprawdę, że też ja muszę takie rzeczy robić.
- Siądźcie przy stole. Zaraz powinni podać do stołu -  rzekł i zadźwięczał małym, złotym dzwoneczkiem. Do komnaty weszli kelnerzy trzymający jedzenie w srebrnych tacach.

Oczami Jack'a...

Nie podobało mi się to w jaki sposób Pan patrzył na Rose. Jest jakiś podejrzany. Tak jakby była ona jego własnością, a tak nie jest. 
Przynieśli jedzenie. Była to pieczona kaczka faszerowana jabłkami, podawana z ziemniakami i żurawiną. Do tego było białe wino wytrawne. Nie przepadałem za tą odmianą wina, więc delikatnie odmówiłem kelnerowi. Najwidoczniej Rose też nie smakowała, bo poprosiła o słodkie czerwone.
- Ja proszę to samo.
- Czy wam smakuje?- zainteresował się władca.
- Tak, naturalnie. Wszystko jest pyszne - odpowiedziała Rose. Wiedziałem, że kłamie. Zawsze gdy to robi, to nosek jej się odrobinę marszczy. Zdążyłem to zauważyć, bo wystarczająco dużo razy mnie okłamała, że nic jej nie jest. Jednak o uśmiechu i miłości do mnie mówiła prawdę, dlatego napisałem jej ten list. Tylko czemu dzisiaj tak dziwnie zareagowała, gdy się z nią przywitałem. Może się przestraszyła, lub gorzej, ja ją wystraszyłem swoim wyznaniem. Nie powinienem się z tym tak bardzo spieszyć, ale spanikowałem, gdy zobaczyłem Martina w jej domu. Chyba jestem o nią zazdrosny.
- Rosemarie - zwrócił się do dziewczyny władca - czy mam ci wszystko opowiedzieć, czy masz jakieś konkretne pytania?
- W zasadzie to mam parę pytań. - odpowiedziała -  Czemu to się nazywa Kwatera Księżyca?
- Jesteśmy sługami bogów. To oni nadali temu miejscu taką nazwę. Niestety nie zależy to ode mnie. - odparł.
- No dobrze to już wiem gdzie jestem. A drugie pytanie to co ja tu robię?
- Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę ci najpierw powiedzieć kim się stałaś. - zaoponował władca.
- Tak mniej więcej to wiem, że stałam się Szatiarką, że muszę pomagać innym ludziom, że mam dobre serce i tak dalej. - powiedziała, wyraźnie znudzona Rose.
- Ja jestem ziemskim władcą Niebios - zaczął mówić Pan - moim zadaniem jest dopilnować, by nie stała ci się krzywda, ale jednocześnie karać lub nagradzać za czyny jakie popełniłaś. Jeżeli zrobisz dobry uczynek, na przykład pomożesz staruszce znaleźć dom, to zostaniesz za to sowicie nagrodzona, zaś gdy uczynisz coś złego, na przykład podłożysz komuś nogę, lub przejdziesz obojętnie obok człowieka, leżącego na ziemi to czeka cię chłosta. Wtedy nie będziemy mieli żadnych skrupułów, alby zmniejszyć ci karę. Rozumiesz?
- Tak - odpowiedziała przestraszona dziewczyna.
- Proszę, abyś zwracała się do mnie z należytym mi szacunkiem, rozumiemy się? - zapytał retorycznie.
- Tak, panie - poprawiła się.
- No dobrze, wszystko zostało wyjaśnione. Jeżeli nie masz żadnych pytań to możecie już iść. - powiedział władca, jakby chciał się nas pozbyć. Widać było, że Rose chce jeszcze o coś zapytać, jednak jej odwaga się ulotniła. Więc tylko dygnęła i wyszliśmy z sali.

poniedziałek, 23 maja 2016

Rozdział 10. Młody Bóg

Po pół godzinie dotarliśmy na miejsce. Teraz Kwatera była ogromna. Trzy murowane wieże zdobiły cały kompleks. Wokół rozpościerał się niesamowity ogród z żywopłotem i fontannami. Trawnik upiększały kolorowe kwiaty, które dodawały kwintesencji całemu wyglądowi.

Tym razem do budynku weszliśmy głównymi drzwiami.
-  Szybko do madame Karp! - ponaglił mnie pan Braun, gdy podziwiałam wnętrze. - Dzisiaj nie możemy się spóźnić, a zostało tylko półtorej godziny. - mówił, wyciągając zegarek. Wyglądał, jak królik z filmu "Alicja w Krainie Czarów".
- Dobrze, dobrze. Już idę. - odpowiedziałam, wolno wchodząc po schodach.
Wreszcie dotarłam do pokoju pani Sofii. Przywitała mnie z otwartymi ramionami.
- Och Kwiatuszku, to tylko jedna noc, ale bardzo mi cię tutaj brakowało. Trudno być jedyną dziewczyną w całym tym zamku. - rzekła, sadzając mnie na krześle przy lusterku.
- Co będziemy dzisiaj robić? - spytałam z nieukrywaną ciekawością. Chciałam, by wreszcie wszystkie te tajemnice się skończyły. W pewnym momencie drzwi do pomieszczenia się otworzyły i do środka wszedł chłopak. Był nieziemsko przystojny. Miał śliczne zielone oczy, prosty nos i blond, zmierzwione włosy. Wyglądał, jak młody bóg, a nie nastolatek. Opięta koszulka eksponowała jego mięśnie, których zapewne nie miał przypadkiem. Uśmiechnął się do mnie i wtedy zobaczyłam te oszałamiające dołeczki w policzkach. Gdybym teraz stała, to na pewno wylądowałabym na podłodze, ponieważ nogi pode mną się ugięły. Wyglądał na starszego ode mnie. 
- Cześć Rose, dzień dobry madame Karp. - powiedział uprzejmie się kłaniając. Skąd on zna moje imię? Wie kim jestem? A najważniejsze pytanie: kim on jest?
- Witaj Jack'u. Heinz'a jeszcze nie ma, więc będziesz musiał chwilkę za nim poczekać. - odpowiedziała mu kobieta, jednak on wciąż patrzył na mnie. Tak jakby oczekiwał na moją reakcję. 
Zaraz, zaraz... Przecież dzisiaj dostałam list od niejakiego Jack'a. Czyżby to był on? Niemożliwe. Nawet się nie znamy. Przynajmniej ja go nie znam, bo on najwidoczniej tak. I to bardzo dobrze. 
- Hej. - powiedziałam nieśmiało. Było to dla mnie nowością. Zazwyczaj nie wstydziłam się przed chłopakami. 
- Ej... Coś taka czerwona? - zapytał ze śmiechem. Zażenowałam się jeszcze bardziej. Moja twarz przybrała chyba kolor purpury, zaś w brzuchu coś mnie łaskotało. Czyżby to były te przysłowiowe motylki, czy tylko odruch wymiotny? A może na serio się zakochałam - to by była wtedy miłość od pierwszego wejrzenia. Jednak ja w taką nie wierzę, dlatego zakładam, że to grypa żołądkowa. A on może znać mnie ze szkoły.
- To co będziemy dzisiaj robić? - powtórzyłam pytanie to pani Karp.
- Dzisiaj się wszystkiego dowiesz, Rose. Niby nie będzie ci to potrzebne, bo ty masz to we krwi, ale to standardowa procedura. - wyprzedził z odpowiedzią chłopak.
- O czym ty mówisz Jack? - zapytała kobieta. - Jakiej krwi?
- To wy nie wiecie? - jednocześnie pokiwałyśmy przecząco głową.
- Rose jest Księżniczką. - otworzyłam buzię ze zdziwienia, zaś madame Sofia wybałuszyła oczy.
- Czemu się tak dziwicie? Książek nie czytacie? - zapytał Jack. - Pani powinna zauważyć, gdy ją pani ubierała. Nie zaciekawiło to pani?
- Ale co miałoby mnie zaciekawić? - spytała zbulwersowana już kobieta.
- Znaku. Rose ma znak. - odpowiedział spokojnie.
- Znak, jak znak. Ty też go masz. Dwie gwiazdki. - rzekła kobieta, a ja przysłuchiwałam się ich konwersacji.
- Rose ma Różę. - powiedział, a pani Karp o mało co nie zachłysnęła się powietrzem. - Nie bez powodu ma na imię Rosemarie. Jest Błękitną Księżniczką.
Madame zaczęła mi się kłaniać. Zmieszana nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież nie codziennie człowiek się dowiaduje, że jest z rodziny królewskiej.
- Czy może pani przestać? - zapytałam, a kobieta szybko się wyprostowała. W tej chwili przyszedł stylista Wollart i wybawił mnie z niezmiernie krępującej sytuacji. 
- Dzień dobry panienko Rosemarie. - ukłonił się grzecznie, po czym zwrócił się do chłopaka. - Chodź Jack.
Pani Sofia wróciła do swojego zajęcia. Nie odezwała się ani słowem, a ja byłam tam tylko ciałem. Myślami wędrowałam w przestworzach. Nawet nie wiem kiedy do izby wszedł pan Charlie.
- Czy są już gotowi? - zapytał z wyraźnym przejęciem.
- Tak, oczywiście. - odpowiedzieli chórem styliści. Wszyscy zebrani w pokoju nie mogli oderwać ode mnie wzroku. Czułam się tym bardzo skrępowana.
- Czemu tak na mnie patrzycie? - zapytałam.
- Podziwiamy. - odpowiedział mi pan Heinz.
- Ona chyba sama nie wie, jak wygląda. - zabrał głos Jack i podszedł do mnie. Stanął za mną i chwycił za ramiona. Delikatnie mnie odwrócił w stronę stojącego lustra.
- Spójrz - zakomenderował. To co zobaczyłam w lustrze to był cud. To nie mogłam być ja. Ja jestem brzydka, a kobieta w lustrze była boginią.
- To... to ja? - spytałam niepewnie.
- A kto? - uśmiechnął się chłopak, a ja zobaczyłam te słodkie dołeczki. I to był jego błąd, bo teraz nie siedziałam, lecz stałam i niestety gdyby mi nie pomógł, leżałabym jak długa.
- Może wyjdziemy na chwilkę? - zaproponował stylistom pan Braun. Byłam jakby w transie.
- Nic ci nie jest? - zapytał z troską.
- Nie byłoby, gdybyś się nie uśmiechał tak seksownie. - ponowił uśmiech i znów musiał mnie przytrzymać. - O mój Boże...
- Tak, dokładnie. Powiedziałaś to na głos.
Myślałam, że teraz spalę się ze wstydu. Chciałam zapaść się pod ziemię.
- Nie przejmuj się. Ty też wyglądasz olśniewająco. - powiedział. Delikatnie przybliżył swoje usta do moich, jednak cały czas patrzył mi w oczy. Poczułam jego ciepłe wargi wbijające się w moje usta. Pocałunek był namiętny i niepewny. Bowiem nie wiedział czy ja też będę tego chciała. Ja jednak odwzajemniłam go. Całował tak zmysłowo, jak nikt inny przed nim. On jest chyba prawdziwym bogiem. 
Nagle do pokoju weszła pani Sofia i pospiesznie oderwaliśmy się od siebie. Ukłoniła się. Znowu. Podeszłam do niej i wzięłam za ręce.
- Czy mogłaby się pani zachowywać tak, jak wcześniej? - zapytałam, a ona spojrzała na mnie z wielkim zdziwieniem.
- Czy jest Pani tego pewna?
- Oczywiście pani Karp i proszę mi mówić Rose, tak jak robiła to pani do tej pory, dobrze?
- Dobrze - odpowiedziała z uśmiechem.
- Możemy już iść? - głos zabrał Jack.
- Tak. Możemy.

poniedziałek, 16 maja 2016

Rozdział 9. Koniec

Martin odprowadził mnie do domu. Nie chciał, również zostać na obiedzie, mówiąc, że ma dużo nauki. Nie dziwię się, że ma później tak dobre oceny.
Na pożegnanie pocałował mnie czule i powiedział, że spotkamy się w weekend. Do piątku zostały jeszcze trzy dni, nie wytrzymam tyle czasu bez niego. To będą chyba najdłuższe trzy dni w moim życiu. Już tęsknię... za zapachem jego wody po goleniu, za miękkimi i pełnymi ustami, za czarnymi, pełnymi miłości oczami, hebanowymi, niedbale potarganymi włosami, a najbardziej za jego uroczym i szczerym uśmiechem.
 - Panienko Rose, przyszła poczta. - wyrwała mnie z zamyślenia pani Brenda, gdy wchodziłam do kuchni.
 - Dziękuję, pani Johann. - powiedziałam, odbierając pęczek listów. Większość kopert była taka sama, czyli opłaty. Jednak jedna, ostatnia była inna. Papier był delikatny w dotyku, miękki i pachniał różami. Pismo na liście było kaligraficzne. Zdziwiłam się bardzo, bo rzadko kto pisze takimi literami.  Ostrożnie go otworzyłam i zaczęłam czytać:
"Kochana Rose,
Kwiecie mego istnienia,
Pani mojego serca,
Najpiękniejsza Dziewczyno świata,
Aniele błękitnooki,
Najjaśniejsza Gwiazdo na bezchmurnym niebie,
Tyś jest moją duszą, mym powietrzem,
Słońcem w deszczowe dni,
Mą Muzą i natchnieniem,
Jesteś duszy mej pokarmem,
Serca mego drogim skarbem,
Każdego dnia myślę o Tobie,
Nocą śnię i marzę o Tobie,
Zawładnęłaś moim sercem,
Dawno oddanym w Twoje ręce,
Rozpadam się na kawałeczki, gdy nie ma Cię obok,
I cichutko płaczę, gdy zapada zmrok."
Podpisano: Jack.
Siedzę na schodach i płaczę bezmyślnie. Nie wiem dlaczego? Te piękne słowa poruszyły moje serce. Ale umysł zadawał jedno pytanie: kim jest Jack? Jakiś facet się we mnie zakochał, a ja nie wiem kim on jest.
Co jest ze mną nie tak?
 - Witam, nazywam się Charlie Braun. Przyszedłem do Rosemarie. - usłyszałam z dołu. Pospiesznie wytarłam oczy. Mam nadzieję, że tusz mi się nie rozmazał. Cholera, kompletnie zapomniałam o tym spotkaniu. Ciekawe czy bardzo jestem spóźniona.
 - Dzień dobry panie Charlie, stało się coś?- zapytałam, zawstydzona swoim roztargnięciem.
 - Przyjechałem po ciebie. Za dwie godziny mamy się stawić u władcy. - odpowiedział staruszek.