środa, 11 maja 2016

Rozdział 9. Zwrot wydarzeń

Uwielbiałam tu przychodzić. Mieli najlepszą czekoladę w całym mieście. Razem z Martinem chodziliśmy do niej po szkole i opowadaliśmy o tym, jak nauczycielom śnierdzi z buzi. Śmieliśmy się przy tym tak głośno, że niekiedy kelnerka nas wypraszała. Jednak teraz jesteśmy dorośli i nam nie wypada tak robić.
Usiedliśmy przy NeWie. Tak nazwaliśmy nasz stolik "NeWa". Pomysł wzięliśmy od naszych nazwisk: Newton i Walker.  Był z niego widok na całą ulicę. Zimą na opruszone śniegiem chodniki, latem na zielone korony drzew i dzieci skaczące przez skakankę, wiosną na piękne, różnokolorowe kwiaty, a jesienią na chodnik w różnych odcieniach czerwieni, brązu czy żółci.
Tym razem podszedł do nas kelner. Pewnie jest nowy.
 - Witam. Czy mogę przyjąć zamówienie? - zapytał wyuczoną regułką.
- Poprosimy dwie gorące czekolady oraz dwa croissant'y. - odpowiedziałam.
 - Już przynoszę. - zakomenderował i odszedł.
 - Jeszcze pamiętasz, co tu zwykle braliśmy? - spytał Martin.
 - Oczywiście - oburzyłam się. Co on sobie myśli? To, że nie było mnie tutaj przez jakiś czas nie oznacza, że nie pamiętam co zamawialiśmy.
 - Spokojnie. Sądziłem, że zapomniałaś czas, gdy tu bywaliśmy. - powiedział łagodnie. Może rzeczywiście trochę dramatyzuję.
 - Przepraszam. Poniosło mnie.
Przyszedł kelner z naszym jedzeniem.
 - Jak tam na studiach? - zapytałam, biorąc łyk czekolady.
 - Możliwie. Jest nawet szansa, że dostanę stypendium naukowe.
 - Gratulacje. Nie wiedziałam, że z ciebie taki mądrala.
 - Ja mądrala? A kto ukończył szkołę średnią z najlepszymi wynikami? - spytał Martin.
 - Oj tam. To tylko szkoła średnia. Ty jesteś na studiach, a to co innego. - odpowiedziałam, jedząc rogalika. Był wyśmienity.
 - Szkoła jak szkoła. Lepiej powiedz gdzie ty zamierzasz iść na studia, na jaki profil?
 - Hm... Planowałam iść na prawo, ale teraz bardziej mnie ciągnie na medycynę. - odparłam.
- Zawsze dobrze jest mieć znajomego lekarza. - powiedział żartobliwie.
 - O tak. Na pewno. - rzekłam śmiejąc się. I tak czas nam upłynął do południa. Wzięliśmy jeszcze po dwie porcje, a Martin, jak gentelman zapłacił za wszystko.

wtorek, 10 maja 2016

Rozdział 8. Koniec


Wiem, przepraszam. Należy mi się niezły opiernicz za to.

Miłego czytania 😃

_________________________________________________________________________________

Zaniemówiłam z wrażenia. Jednak dalej coś mnie niepokoiło.
 - Spokojnie Różo. Aż tak dobrze całuję? - zapytał bezczelnie.
 - Możliwe. Co nie zmienia faktu, że było to wielce niestosowne. Nie uważasz? - droczyłam się z nim. Uwielbiałam to robić, ponieważ zawsze tak słodko się wkurzał.
 - Panno Walker, przy Pani trudno zachowywać się stosownie. Tym bardziej, że wygląda Pani olśniewająco. - powiedział z nonszalancją i zakręcił mną dwa razy.
 - Panie Newton, Pan to potrafi sprawić kobiecie przyjemność. Jednak Pańskie zachowanie jest karygodne! - odpowiedziałam mu z udawaną złością i ruszyłam przed siebie. Martin szybko się ze mną zrównał.
 - Panno Różo, śmiem wątpić w Pani rację. Nie ma Pani absolutnie podstaw, by tak sądzić. - coraz bardziej wychodził z równowagi, a mnie się chciało śmiać, jednak miałam niewzruszony wyraz twarzy.
 - Ależ mam! I radzę Panu tego więcej nie robić, ponieważ konsekwencje Pańskich czynów będą wielce poważne. - rzekłam z podniesioną głową. Złapał mnie za rękę i przysunął do siebie. Patrzył na moje usta. Wodził wzrokiem po mojej twarzy. Czułam ciepło, które przeszło mi od czubka głowy, aż po palce u stóp. Przybliżył się do mnie i delikatnie musnął swoimi wargami moje. Po chwili pocałunek stał się głębszy, jednak tym razem bez języka.
 - Nadal twierdzisz, że to było niestosowne? - spytał, lekko się uśmiechając.
 - Tak - powiedziałam z czystej przekory. Na co on zareagował bardzo szybko. Jednym ruchem mnie podniósł i przerzucił sobie przez ramię.
 - Miarka się przebrała moja panno. -odpowiedział groźnie, lecz z uśmiechem na twarzy.
 - Zostaw mnie, Martin! Wszyscy na nas patrzą. - wyrywałam się, jednak bezskutecznie.
 - Nie interesuje mnie to. Postawię cię dopiero w kawiarni. - powiedział głosem nie słyszącym sprzeciwu.
Już gdzieś to widziałam. Tak jakbym przechodziła deja vu. Jakby kiedyś to się już zdarzyło.
 - Jesteśmy na miejscu - usłyszałam - jak się udała Pani podróż, Panno Walker? - postawił mnie na ziemię.
 - Byłaby lepsza, gdybym mogła iść o własnych nogach. - powiedziałam, poprawiając ubranie.
 - Tak przynajmniej było zabawnie. - otworzył mi drzwi. - Zapraszam.

środa, 4 maja 2016

Rozdział 8 cd

Oczami Martina...


 - Tak w ogóle to co z twoją głową? - zapytałem.
 - Zapomniałam o niej. Nie boli mnie już. Ale po tym uderzeniu czuję się tak jakoś inaczej. Tak lżej. - powiedziała zamyślona. Czegoś się domyśla. Muszę temu, jak najszybciej zapobiec.
 - Może dlatego, że dowiedziałaś się, że żyję? - wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
 - Tak. Bardzo się cieszę. Brakowało mi ciebie. - wtuliła się w moje ramię. Znałem ją na tyle, by wiedzieć, że głowę zaprząta jej Jack. Trzeba ją zająć czymś innym. Szliśmy za ręce do pobliskiej kawiarni. Mijaliśmy sąsiadów, którym się kłanialiśmy. Większość uważała nas za narzeczeństwo. Nie wiem kto rozpuścił taką plotkę.
Postanowiłem utwierdzić ich w tym przekonaniu.
Przechodziliśmy przez rynek. W pewnym momencie zatrzymałem się i spojrzałem Róży w oczy.
 - Stało się coś? - zapytała. Ja jednak nie odpowiedziałem jej, tylko pocałowałem. Przechodnie na nas patrzyli i bili brawo. Róża nie protestowała, więc uznałem, że jej się podoba i wetknąłem język do buzi. Ona zrobiła to samo. Moja ręka z pleców zeszła na tyłek. Dłonią zmierzwiła mi włosy. Mimo iż to urok, to zadziałało na mnie  niesłychanie podniecająco.
Całujemy się pierwszy raz od piętnastu lat. Zawsze tego chciałem, ale nie w taki sposób. Chciałem, by była świadoma tego, co robi. Jednak nie mogłem sobie pozwolić, by rozmyślała o Jack'u. Staliśmy tak jeszcze przez chwilę. Lekko odsunąłem się od niej i spojrzałem w oczy. Zawsze je podziwiałem. Próbowała złapać oddech, nie za dobrze jej to szło.
 - Spokojnie Różo. Aż tak dobrze całuje? - zapytałem z szelmowskim uśmiechem.




Oczami Jack'a...

Kręciłem się trochę po mieście. Nie mogłem zebrać myśli. Serce mnie bolało, że pozwoliłem jej odejść. Z drugiej jednak strony on pochodzi z dobrej rodziny, znają się od lat. A ja? Przecież nie można pokochać kogoś kogo zna się jeden dzień.
Może jestem stuknięty, ale ja naprawdę ją kocham.




                                           ***

Z ledwością stałam o własnych nogach. Wszyscy na mnie patrzyli. Martin mnie pocałował! Czyli co teraz? Pokocha mnie? Zostaniemy parą? W sumie to czemu nie? Jego znam i jego kocham. Na nikim mi tak nie zależy, jak na nim i wiem również, że jemu zależy na mnie.

wtorek, 3 maja 2016

Rozdział 8. Komplikacje

Gdy wchodziłam do kuchni Jack się uśmiechał. Nie chciałam nic mówić, ale w łóżku też się zaśmiał. Wtedy udałam, że nic nie widzę, jednak teraz byłam bardzo ciekawa, co go do tego skusiło.
 - Co ci tak wesoło? - zapytałam. Poszerzył uśmiech. Zobaczyłam te seksowne dołeczki. Aż się kolana pode mną ugięły.
 - Ty mnie rozśmieszasz. Jesteś bardzo zabawna, Rose. - powiedział. - Siadaj, bo ci wystygnie.
 - To mój dom, a ty zachowujesz się swobodniej ode mnie. - rzuciłam z udawanym urażeniem. On znowu się uśmiechnął, a jego zęby powalały bielą. Usiadłam obok niego przy stole. W ciszy zaczęliśmy jeść.
 - Rose, chciałbym ci coś powiedzieć. - zaczął - Ja cię ko...
W pewnym momencie do kuchni wszedł chłopak.
 - Martin!! - krzyknęłam i rzuciłam mu się w ramiona. Przytulił mnie mocno.
 - Róża. Nie widzieliśmy się przez noc, a ty już się stęskniłaś? - zapytał.
 - Zawsze za tobą tęsknię. Oh, przepraszam. Martin poznaj Jack'a. Jack to jest Martin.
 Chłopak podszedł do nas i podał rękę Martinowi.
 - Dużo o tobie słyszałem. Naprawdę mi przykro. Ale teraz Rose przynajmniej będzie szczęśliwa.
 - Cieszę się, że wreszcie cię poznałem. To ty jesteś tym szczęściarzem, który kłopocze główkę Róży nawet w nocy. - powiedział, śmiejąc się.
 - Dobra wystarczy gadania o moich snach - przerwałam ich dyskusję. - Martin tak w ogóle to co tutaj robisz?
 - Przyjechałem po ciebie. Chciałem cię zabrać na gorącą czekoladę. Możemy iść we troje. - zwrócił się do Jack'a.
 - Nie, dziękuję. Powinienem się zbierać. I tak zająłem ci dużo czasu.
 - To nie był kłopot. Świetnie się bawiłam. Mam nadzieję, że kiedyś to powtórzymy. - powiedziałam.
 - Na pewno. - ukłonił się i pocałował moją dłoń. - Do widzenia, Rose.
 - Pa, Jack.



Oczami Martina...


Strasznie nie pasował mi ten typ. Będę musiał się go jak najszybciej pozbyć.
 - To co? Idziemy? - zapytałem.
 - Idziemy.



Oczami Jack'a...


Wyszedłem z jej domu ze łzami w oczach. Kogo ja chcę oszukać? Może i o mnie śniła, ale to Martina tak naprawdę kochała.

niedziela, 1 maja 2016

Rozdział 7. Koniec

Przepraszam, że przez ostatnie kilka dni nie byłam aktywna. Natłok pracy. Majówka itd. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie. Postaram się to naprawić.
_________________________________________________________________________________

Wróciłem do swojego pokoju z uśmiechem na ustach. Teraz to już chyba nie zasnę do rana. Mam nadzieję, że ona mnie też wysłucha. Że będziemy razem. Muszę ją przecież chronić. Jej nie może stać się krzywda. Najlepiej by było, gdybyśmy stąd uciekli. Gdzieś daleko. Zostawić tutaj te wszystkie zmartwienia. Niestety ona jest księżniczką i nie będzie chciała żyć z kimś takim, jak ja. Prawo nakazuje, by związała się z członkiem rodziny królewskiej.  Ja nie należę do tego grona, więc tak naprawdę jestem nikim.
Gdy o tym myślałem, czas mi się niemiłosiernie dłużył. Chciałem ją wreszcie zobaczyć. Te piękne, błękitne oczy, które wyglądają, jak najczystsza tafla wody. Te cudowne, blond włosy, które jeszcze bardziej podkreślają jej oczy.
Nawet nie zauważyłem, gdy nastał ranek.
Ktoś cicho zapukał do drzwi. Za nimi stała uczesana i ubrana Rose.
 - Dzień dobry Jack - powiedziała z uśmiechem.
 - Dzień dobry. Jak się spało? - zapytałem.
 - Czy to nie ja powinnam cię o to spytać?
 - Możliwe. Niemniej jednak chciałbym usłyszeć twoją odpowiedź.
 - Bardzo dobrze. Nic nie było by w stanie podnieść mnie z łóżka.
Zaśmiałem się cicho pod nosem. Kto by się spodziewał? Na szczęście tego nie zauważyła.
 - Za dwadzieścia minut będzie śniadanie, więc ubieraj się. - powiedziała i wyszła.
Po kwadransie pokój był posprzątany, a ja gotowy. Postanowiłem wyjść wcześniej. Jak w każdym domu kuchnia najprawdopodobniej była na dole. Zszedłem schodami na parter. Tam rozpościerał się przepyszny zapach bekonu i smażonych jajek. Czuć również było sok z pomarańczy.
W kuchni krzątała się starsza pani może po pięćdziesiątce. Właśnie wkładała chleb do tostera.
 - Dzień dobry. Nazywam się Jack Willows. - przedstawiłem się. Szybko odwróciła się w moją stronę i wytarła ręce w fartuszek.
 - Witam. Brenda Johann. Jestem gosposią panienki Rose. - podała grzecznie rękę. Pocałowałem ją z szacunkiem. Lekko się zmieszała. Pokazała mi miejsce przy stole, gdzie mogłem usiąść, zaś sama zabrała się za kończenie śniadania.
Po dwóch minutach zeszła do nas Rose.
 - Wszystko gotowe.
 - Dziękuję pani Brendo. - powiedziała.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Rozdział 7. Rozmyślenia

Oczami Jack'a...



Nie mogłem usnąć przez dłuższy czas. Zastanawiałem się, czy jej też tak na mnie zależy. Dziwi mnie trochę ta sprawa z Martinem, ale jeżeli ona jest szczęśliwa to ja również.
Leżałem tak przez godzinę. W sumie to jestem przyzwyczajony do trybu nocnego. Teoretycznie sypiam może ze trzy godziny na dobę.
W pewnym momencie drzwi do pokoju się otworzyły. Stał w nich obiekt moich westchnień.
 - Co tam Rose? - zapytałem.
Nie odpowiedziała mi i tylko podeszła do łóżka. Miała zamknięte oczy.
Lunatykowała.
Chciałem wstać i zaprowadzić ją do łóżka, jednak ona zaczęła wchodzić do mojego. Przesunąłem się na drugi brzeg, a ona za mną.
Co jest?!
Objęła mnie w pasie i wtuliła w plecy.
 - Kocham cię, Jack - powiedziała przez sen.
Śniła o mnie. Nie mogę w to uwierzyć.
Delikatnie odwróciłem się w jej stronę. Popatrzyłem na jej twarz. Jest taka słodka, gdy śpi. Lekko uniosła kąciki ust w uśmiechu.
 - Jack... - szepnęła.
Myślałem, że się obudziła, jednak ona dalej smacznie spała.
Moje serce się rozpuściło. Byłem w niebie. Niczego więcej od życia nie pragnąłem tak bardzo, jak miłości tej dziewczyny. Pocałowałem ją w czółko.
Uświadomiłem sobie jednak, że jeżeli rano obudzi się nie w tym łóżku, co trzeba to może być nieco zszokowana. Dlatego lepiej będzie, jak ją odniosę.
Wstałem z łóżka i powolutku, tak by się nie zbudziła, zaniosłem ją do jej sypialni. Przykryłem kołdrą i pogładziłem po włosach.

środa, 27 kwietnia 2016

Rozdział 6. Koniec

 - Nie wiem czy powinienem. A ty często nocujesz obcych ludzi? - zapytał.
 - Dla mnie nie jesteś obcy. W końcu jesteśmy gwiazdami, czy czymś w tym rodzaju. - zauważyłam sprytnie.
 - Racja, jesteśmy gwiazdami. Teoretycznie pochodzimy z jednego nieba. - Co ? Z jakiego nieba? Czułam, że robię się senna.
 - Dobra, mniejsza o to. Zostajesz czy nie? - spytałam wreszcie, bo byłam niezmiernie zmęczona.
 - Niech ci będzie. - odpowiedział.
Zaprowadziłam go do pokoju gościnnego. Gosposia codziennie ścierała tu kurze, więc nie był zaniedbany. Miał kremowo-granatowe ściany, na środku duże łóżko z toaletką, szafę, komodę i łazienkę.
 - A myślałem, że będę spał z tobą, skoro już proponujesz. - powiedział z urażoną miną.
 - Już byś chciał. Tu masz piżamę. - podałam mu ubranie. - A teraz idź już spać, bo jest bardzo późno.
 - Dobranoc Rose. - powiedział na pożegnanie.
 - Do jutra, Jack.
Wyszłam i zamknęłam drzwi. Podążyłam jeszcze do pokoju pani Brendy, by napisać jej karteczkę, żeby jednak zrobiła to śniadanie dla dwóch osób. Zapewne będzie zdziwiona pobytem Jack'a w moim domu, tym bardziej, że nie wchodził przez drzwi.
Później wreszcie wróciłam do swojej sypialni. Niestety sen nie nadchodził i nic się nie zapowiadało na to by przyszedł. Zaczęłam rozmyślać o tym, co się dzisiaj stało. Dostałam naszyjnik. Odruchowo go dotknęłam. Wisior miłości z diamentowym sercem. Ciekawe jaki ma Jack i co on w ogóle oznacza. Dlaczego jest tylko trzynaście gwiazd? I czemu ja jestem ostatnią? Jack jest numerem cztery... Jack... nieziemsko przystojny.
 - "Każda dziewczyna, jak i kobieta szaleją za tym młodzieńcem." - mówiła pani Karp. Czemu akurat teraz przypomniałam sobie te słowa? Sama nie wiem kiedy zasnęłam.