czwartek, 28 kwietnia 2016

Rozdział 7. Rozmyślenia

Oczami Jack'a...



Nie mogłem usnąć przez dłuższy czas. Zastanawiałem się, czy jej też tak na mnie zależy. Dziwi mnie trochę ta sprawa z Martinem, ale jeżeli ona jest szczęśliwa to ja również.
Leżałem tak przez godzinę. W sumie to jestem przyzwyczajony do trybu nocnego. Teoretycznie sypiam może ze trzy godziny na dobę.
W pewnym momencie drzwi do pokoju się otworzyły. Stał w nich obiekt moich westchnień.
 - Co tam Rose? - zapytałem.
Nie odpowiedziała mi i tylko podeszła do łóżka. Miała zamknięte oczy.
Lunatykowała.
Chciałem wstać i zaprowadzić ją do łóżka, jednak ona zaczęła wchodzić do mojego. Przesunąłem się na drugi brzeg, a ona za mną.
Co jest?!
Objęła mnie w pasie i wtuliła w plecy.
 - Kocham cię, Jack - powiedziała przez sen.
Śniła o mnie. Nie mogę w to uwierzyć.
Delikatnie odwróciłem się w jej stronę. Popatrzyłem na jej twarz. Jest taka słodka, gdy śpi. Lekko uniosła kąciki ust w uśmiechu.
 - Jack... - szepnęła.
Myślałem, że się obudziła, jednak ona dalej smacznie spała.
Moje serce się rozpuściło. Byłem w niebie. Niczego więcej od życia nie pragnąłem tak bardzo, jak miłości tej dziewczyny. Pocałowałem ją w czółko.
Uświadomiłem sobie jednak, że jeżeli rano obudzi się nie w tym łóżku, co trzeba to może być nieco zszokowana. Dlatego lepiej będzie, jak ją odniosę.
Wstałem z łóżka i powolutku, tak by się nie zbudziła, zaniosłem ją do jej sypialni. Przykryłem kołdrą i pogładziłem po włosach.

środa, 27 kwietnia 2016

Rozdział 6. Koniec

 - Nie wiem czy powinienem. A ty często nocujesz obcych ludzi? - zapytał.
 - Dla mnie nie jesteś obcy. W końcu jesteśmy gwiazdami, czy czymś w tym rodzaju. - zauważyłam sprytnie.
 - Racja, jesteśmy gwiazdami. Teoretycznie pochodzimy z jednego nieba. - Co ? Z jakiego nieba? Czułam, że robię się senna.
 - Dobra, mniejsza o to. Zostajesz czy nie? - spytałam wreszcie, bo byłam niezmiernie zmęczona.
 - Niech ci będzie. - odpowiedział.
Zaprowadziłam go do pokoju gościnnego. Gosposia codziennie ścierała tu kurze, więc nie był zaniedbany. Miał kremowo-granatowe ściany, na środku duże łóżko z toaletką, szafę, komodę i łazienkę.
 - A myślałem, że będę spał z tobą, skoro już proponujesz. - powiedział z urażoną miną.
 - Już byś chciał. Tu masz piżamę. - podałam mu ubranie. - A teraz idź już spać, bo jest bardzo późno.
 - Dobranoc Rose. - powiedział na pożegnanie.
 - Do jutra, Jack.
Wyszłam i zamknęłam drzwi. Podążyłam jeszcze do pokoju pani Brendy, by napisać jej karteczkę, żeby jednak zrobiła to śniadanie dla dwóch osób. Zapewne będzie zdziwiona pobytem Jack'a w moim domu, tym bardziej, że nie wchodził przez drzwi.
Później wreszcie wróciłam do swojej sypialni. Niestety sen nie nadchodził i nic się nie zapowiadało na to by przyszedł. Zaczęłam rozmyślać o tym, co się dzisiaj stało. Dostałam naszyjnik. Odruchowo go dotknęłam. Wisior miłości z diamentowym sercem. Ciekawe jaki ma Jack i co on w ogóle oznacza. Dlaczego jest tylko trzynaście gwiazd? I czemu ja jestem ostatnią? Jack jest numerem cztery... Jack... nieziemsko przystojny.
 - "Każda dziewczyna, jak i kobieta szaleją za tym młodzieńcem." - mówiła pani Karp. Czemu akurat teraz przypomniałam sobie te słowa? Sama nie wiem kiedy zasnęłam.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Rozdział 6. Cd

Oczami Martina...

Weszliśmy z Gregiem do zamku i skierowaliśmy się do gabinetu doktora Millera.
 - Panie Stephenie, misja wykonana. - powiedziałem od progu.
 - Fantastycznie Martinie. Mam do ciebie jedno pytanie. Czy jesteś zupełnie pewny, że ona ci ufa? -zapytał z niepokojem w głosie.
 - Naturalnie. Zrobiłaby dla mnie wszystko. W końcu jestem dla niej, jak brat. O... Kto to właściwie jest Jack?
 - To czwórka - niestety. - odpowiedział pan Miller.
 - Więc to nie dobrze. Jestem prawie pewien, że jest w nim zakochana, bo wołała go we śnie.
 - To skandal! Musimy temu zapobiec.
 - Jeżeli nie wyzna jej miłości to sprawę mamy z głowy, bo przecież nie przeczyta jego myśli. Gorzej jak jej powie.
 - W takim razie musisz zrobić wszystko, by do tego nie doszło. - powiedział pan Stephen.


                                           ***

Wstałam i podeszłam do okna. Otworzyłam drzwi tarasowe. To był Jack. Wszedł do środka.
 - Cześć Rose. Żyjesz. Co się z tobą działo. - spytał nerwowo.
 - Nie uwierzysz w to. - powiedziałam z ekscytacją - Martin żyje.
Opowiedziałam mu całą historię. Podobnie, jak ja nie mógł w to uwierzyć.
 - Chyba powinienem już wracać - rzekł Jack.
 - Zamierzasz o drugiej nad ranem jechać do domu? - zapytałam z sarkazmem.
 - Tak. To normalne, że chcę wrócić i położyć się spać.
 - Skoro tu jesteś to może już zostaniesz na noc. - zaproponowałam. - To nie przystoi byś tułał się po nocach.

Rozdział 6. Rozczarowanie

Oczami Martina...

Pomachałem Róży na pożegnanie. Miałem pewność, że dotarła bezpiecznie do domu
 - Dokąd teraz panie Martin? - zapytał Greg.
 - Do Kwatery Księżyca.


Oczami Jack'a...

Nie mogłem usiedzieć w jednym, konkretnym miejscu. Chciałem jak najszybciej stąd wyjść i szukać jej na własną rękę. Jednak musiałem czekać do zmroku. Po ciemku lepiej będzie się wymknąć.
Delikatnie otworzyłem drzwi i rozejrzałem się dookoła. Na szczęście nikogo nie było. Wyszedłem po cichu z pokoju i udałem się na parking. Straże już wszystko zabrali. Wsiadłem do samochodu i... No właśnie. I co? Przecież nie wiem gdzie ona mieszka. Jeszcze nie podała adresu do akt, więc nawet nie mam jak zobaczyć. Najlepiej będzie, jak kogoś zapytam.
Dobrze, że do miasta była tylko jedna droga. Jechałem przed siebie. Zatrzymałem się pod pierwszym budynkiem. Zapukałem delikatnie. Było już późno. Po dwóch minutach otworzyła mi kobieta w szlafroku. Miała może ze czterdzieści pięć lat.
 - Dobry wieczór. Nazywam się Jack Willows. Przepraszam, że niepokoję o tak późnej porze, ale chciałbym zapytać o drogę. Czy wie pani może, gdzie mieszka Rosemarie Walker? - zapytałem.
 - Dobry wieczór. Oczywiście, że wiem. Kto by nie znał naszej kochanej Rosie. Zawsze pomoże, grosza pożyczy, powie "dzień dobry", uśmiechnie się. To bardzo podnosi na duchu. Zwłaszcza, gdy ma się trudny dzień. - powiedziała kobieta. - No dobrze, młodzieńcze. Musisz jechać kilometr prosto. Za przystankiem autobusowym skręć w lewo. To będzie trzeci dom po prawo. Jeżeli znasz Rosie to na pewno go rozpoznasz.
 - Dziękuję ślicznie za pomoc. Dobranoc. - odparłem grzecznie.
Podążyłem zgodnie ze wskazówkami kobiety. Rzeczywiście. Domek, a raczej villa była przepiękna.
Świeciły się dwa światła. Jedno na górze, drugie na dole. Zaryzykowałem i wspiąłem się po balkonie na górę. Przez okno ujrzałem Rose w szlafroku. Włosy miała związane i smutny wyraz twarzy. Zgasiła lampkę i położyła się spać. Po kilku minutach wreszcie się ocknąłem i zapukałem leciutko w szybę.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Rozdział 5. Koniec

Jechaliśmy pół godziny do mojego domu. Przez te wszystkie wydarzenia wydawał mi się taki obcy, jak nie mój. Jednak tak bardzo za nim tęskniłam, że wszystkie złe myśli odleciały. Ostatnia doba była dla mnie katorgą. A on był moim oparciem. Jeszcze tyle wiadomości przede mną, a ja już jestem zmęczona tym wszystkim. Milczeliśmy przez całą drogę. Nikt się nie odezwał. Martin trzymał mnie za rękę. Jego dotyk mnie uspokajał. Gdy byliśmy na miejscu powiedział:
 - Uważaj na siebie.
 - Jasne, jak zawsze. - odpowiedziałam.
Wysiadłam i podeszłam do bramy. Martin pomachał mi na dobranoc.
Drzwi otworzył mi pan Julius, mój lokaj. Wraz z panią Brendą, gosposią, mieszkają w moim domu.
 - Panienko, czy podać kolację? - zapytała kobieta.
 - Nie, dziękuję. Jutro również proszę nie czekać na mnie z posiłkami. - odrzekłam.
 - Jak panienka sobie życzy. Czy będę jeszcze potrzebna?
 - Nie, pani Brendo. Proszę już odpocząć.
 - Dziękuję. Dobranoc.
 - Dobranoc.
Weszłam po schodach na górę do swojego pokoju. Pragnęłam, by ten dzień nie istniał. Żeby go ktoś wytarł gumką z mojej głowy, ale niestety to było niemożliwe. Wzięłam szybki prysznic i położyłam się spać. Nie zdąrzyłam jeszcze zasnąć, gdy ktoś zaczął pukać w okno mojej sypialni.

Rozdział 5. cd

Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.
 - Gdzie my w ogóle jesteśmy? - zapytałam.
 - To moje nowe mieszkanie. Przepraszam za twoją głowę. Greg jest bardzo porywny. Opatrzyliśmy ją i wszystko powinno już być dobrze.
 - Dlaczego działałeś z Partysami? Jak mnie znalazłeś? Nie można tego było zrobić normalnie i bardziej delikatnie?
 - Ja działałem z Partysami? Skąd ci to przyszło do głowy? - spytał podenerwowany.
 - Zanim pojawił się Greg to wpadli na nas Partysowie. Chcieli mnie zabić. Zresztą myślałam, że on jest jednym z nich. - wytłumaczyłam.
Wstał pospiesznie.
 - Greg... - zawołał.
 - Poczekaj - mężczyzna wszedł do pokoju - zanim oberwałam w głowę - spojrzałam wymianie na oprawcę - to widziałam, jak Jack zabija ostatniego. Gdyby nie on już pewnie bym nie żyła.
- Przepraszam. To było konieczne. - tłumaczył Greg.
- Dobrze, że nie masz żadnych innych obrażeń. - rzekł Martin. - A właśnie. Kim jest Jack? Wołałaś go przez sen.
Że co? Ja coś gadałam przez sen? To niemożliwe. I to jeszcze przy Martinie? Dlaczego wołałam akurat Jack'a? Wiedziałam, że będę musiała mu powiedzieć kim jestem. Tylko jak? Jest zwykłym człowiekiem. Gubił się, gdy byłam Agryfinką, a teraz gdy jestem Szatiarką to się chyba załamie. I co ja mam teraz zrobić?
 - Yyy... Jack to... kolega. - palnęłam.
 - No dobrze. Może kiedyś go poznam. - nawet jeśli był zły to nie okazywał tego. - A teraz musimy cię odwieźć do domu.

Rozdział 5. Prawda

Otworzyłam powoli oczy...
To naprawdę był on. Martin - mój kochany Martin. Ale jak to się stało, że on żyje? Przecież sama widziałam, jak płonie. Patrzył na mnie z troską, jakby bał się, że za chwilę ucieknę. Odpiął pasy bezpieczeństwa. Czekał aż coś powiem. Jednak ja nie byłam w stanie wydusić nawet słowa.
 - Wiem, że to może dziwnie wygląda, ale wszystko ci wytłumaczę, Różo. Nie musisz się mnie bać.
Nadal milczałam. Położył rękę na mojej dłoni.
 - Tego wieczoru dowiedzieliśmy się, że miał być na mnie zamach - zaczął - niestety naraziłem się bardzo złym ludziom. Dlatego też wraz z rodzicami postanowiliśmy postawić dublera na moje miejsce. Wiem, że jesteś na mnie wściekła za to, co zrobiłem, ale nie miałem innego wyjścia. - tłumaczył - Powiedzieliśmy mu, co ma robić, mówić ludziom, wystylizowali go na mnie, chociaż to była marna replika. Ale najgorsze było to, gdy mówiłem mu, co ma mówić do ciebie. Nie mogłem znieść jego widoku z tobą. Naprawdę ślicznie wtedy wyglądałaś. I później pod koniec walca był zamach. Spalili go. Nadal nie mogę uwierzyć, że to mogłem być ja. Widziałem, jak uciekałaś na zewnątrz z płaczem. Chciałem wtedy do ciebie podejść i cię przytulić. Jednak nie mogłem. - zakończył swój monolog. - Powiedz coś, proszę. Nie milcz tak, to nie do zniesienia. - powiedział.
Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Współczuć mu, nakrzyczeć, popłakać się, uciec? A może porzygać prosto na niego. Nawet nie wiem, kiedy słowa zaczęły wypływać ze mnie same, tak jakbym to nie ja je wypowiadała. Albo jakbym była w transie.
 - Tęskniłam za tobą - powiedziałam, kładąc mu rękę na policzku. Odetchnął z wyraźną ulgą. - Bałam się, że cię stracę.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozdział 4. Koniec

Tymczasem...


Przeszyłem Partysa kijem. Krew mu poszła na wszystkie strony.
Nie mogłem zapomnieć tego przestraszonego wzroku. W uszach ciągle dźwięczał jej krzyk. Aż mnie serce zabolało. Chciałem za nimi biec, ale jakby rozpłynęli się w powietrzu. Natychmiast wróciłem do zamku, by poinformować resztę o tym incydencie.
 - Panie Charlie, musi mi pan pomóc.
 - Jack, odwiozłeś już Rosemarie? - zapytał.
 - No właśnie nie. Miałem ją odwieźć, gdy na nas napadnięto.
 - Co? Kto na was napadł i gdzie jest dziewczyna? - dołączył się do rozmowy doktor Miller.
 - Partysowie. Chcą się zemścić na Rose za to, że inny zginęli, gdy stała się Szatiarką. To wrogowie Agryfinów. Musimy jej pomóc.
 - Ewidentnie, ale nie wiemy gdzie ona jest. - powiedział pan Braun.
 - Najlepiej zapytajmy władcę. On nam powie, co mamy zrobić. - wtrącił doktor.
 - Aha... Jeszcze jedno. Na parkingu jest pięć ciał i dobrze by było, gdyby ktoś je stamtąd zabrał, zanim ktokolwiek je zobaczy. - rzekłem.
 - Straże, idźcie na parking i pozbądźcie się zwłok. - zarządził pan Charlie.
Szliśmy przez schody o wiele za długo. Pierwszy raz pożałowałem, że nie ma tu windy. Denerwowałem się. Ręce mi się pociły, byłem bliski płaczu. Wreszcie dotarliśmy na górę. Z impetem otworzyłem drzwi. Być może nawet zbyt mocno.
 - Panie, porwali ją. Musimy ją odnaleźć. - wparowałem do sali tronowej i bez ukłonu podszedłem do mistrza. Pierwszy raz dopuściłem się takiego nieposłuszeństwa.
 - Spokojnie. O co chodzi? Kogo porwali? - zapytał władca. Coraz bardziej mnie denerwował. Tylko resztkami samokontroli powstrzymywałem się, by się na niego nie rzucić.
 -  Jak to kogo porwali? Rose. Partysowie ją zabrali i musimy ją odebrać. - prawie krzyknąłem.
 - Proszę cię Jack'u, abyś się nieco uspokoił. Panika jest tutaj niewskazana. Na razie nikogo nie będziemy szukać. Poczekamy do jutra. Jeżeli jutro o tej godzinie się nie pojawi, wtedy rozpoczniemy procedurę poszukiwawczą. - zarządził pan.
 - Słucham? - nie dowierzałem w to, co przed chwilą powiedział - Mamy czekać do jutra? Przecież do tej pory mogą ją zabić, o ile już tego nie zrobili. - byłem załamany, ostatnie zdanie ledwo mi przeszło przez gardło.
 - Wystarczy tego! Panie Braun, proszę zaprowadzić chłopaka do pokoju na drugim piętrze. Tam się uspokoi.
 - Rozumiem - powiedział pan Charlie.
Wreszcie stamtąd wyszliśmy. Rose porwano, a on nic nie zamierza zrobić. To nie do pomyślenia. Dlaczego ja się tak tym przejmuje? Pierwszy raz mi na kimś zależy. Tak, na Rose, to właśnie o nią się martwię, bo ...ją kocham...

Rozdział 4. Cd

Obudziłam się przywiązana do łóżka. Straszliwie bolała mnie głowa. Nie wiem, jak długo tak leżałam, ale nie podobało mi się to. Co tu się dzieje?
Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam niebieski żyrandol. Byłam w jakimś pokoju mieszkalnym. Ściany były fioletowe, a meble z jasnego drewna.
 - Miałeś jej nie okaleczyć - usłyszałam stłumiony głos zza drzwi.
 - Rzucała się. Nie miałem innego wyjścia. - odpowiedział mu mężczyzna. Zbliżali się powoli, więc pośpiesznie zamknęłam oczy.
Ktoś wszedł do pokoju i złapał mnie za rękę. Przestraszyłam się. Może to jakiś zboczeniec? Czy ja znam jakieś techniki samoobrony? Pogładził mnie po głowie. Moje serce zaczęło bić szybciej i szybciej. Bałam się. Widziałam siebie w jego myślach. Miałam niespokojny wyraz twarzy, co  akurat było zrozumiałe.
 - Wybacz mi Różo, proszę - usłyszałam łamiący się, znajomy głos.
Jak przed chwilą dostałabym palpitacji, tak teraz moje serce kompletnie  zamarło. Nie mogłam w to uwierzyć. Chciałam otworzyć oczy, ale bałam się, że to tylko piękny sen. Gładził palcami każdą część mojej twarzy, nie omijając żadnego zakamarka. Łzy napłynęły mi do oczu i powoli spływały po policzkach. Chłopak scałowywał każdą po kolei.
 - Moja Różyczka kochana. Wybacz mi kwiatuszku.
Powoli otworzyłam oczy...

środa, 20 kwietnia 2016

Rozdział 4. Oddanie i męstwo.

- Kto po ciebie przyszedł, Rose? - zapytał nerwowym tonem.
- Partysowie. Chcą się zemścić. To właśnie przez nich stałam się Szatiarką. Teraz chcą mnie zabrać i zabić. - wyjaśniłam.
- Chyba po moim trupie! Nigdy na to nie pozwolę. - powiedział władczo.
Szybko wysiadł z auta. Pięcioro przeciwników zeskoczyło z dachu.
- On nie da rady - pomyślałam.
Partysowie byli uzbrojeni po zęby. W jednej chwili Jack wyjął podręczny pistolet i strzelił pięć razy. Trafił dwóch. Od razu padli na ziemię. Niestety nie miał więcej nabojów, więc została mu siła.
Przed oczami ukazał mi się obraz. Jack miał wizję. Po obejrzeniu jej do końca już wiedziałam, że w czystej walce Partysowie nie mieli szans. Chłopak od razu powalił dwóch na ziemię, zaś trzeciemu skręcił kark. Później poprawił koszulę oraz kołnierzyk i podszedł do auta. Już złapał za klamkę, gdy jeden z leżących się podniósł i wziął kij. Jack nie chcąc być gorszym, również wyjął kij z plecaka innego. Widziałam, jak mężczyźni walczą, Partys chcąc mnie zabić, a Jack obronić.
W pewnym momencie zamarłam przez chwilę. Drzwi do auta się otworzyły. Nie byłam przypięta pasami, więc z łatwością mnie z niego wyciągnął. Jego myśli wirowały wokół mnie. Tak jakby mnie znał. Nie myślał o zemście, jak tamci przeciwnicy.
- Jack!!!! - krzyknęłam. Wyrywałam się na wszystkie strony, jakie chyba istnieją.
- Rose!!!
Mężczyzna zakrył mi usta i skoczył ze mną na dach. Pamiętam jeszcze rozpaczliwe spojrzenie Jack'a i silne uderzenie w głowę.
_________________________________________________________________________________

Dzięki Karinga za komentarze. Dzisiaj nie mogłam się doczekać kiedy skomentujesz. Obiecałam sobie, że gdy dopiero to zrobisz to wstawię następny rozdział.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział 3. Koniec

 - Jesteś niesamowicie leciutka. Jak piórko. Jeszcze nigdy nie niosłem tak lekkiej dziewczyny.
 - A dużo ich nosiłeś? - zapytałam.
 - Wystarczająco, by stwierdzić, że jesteś z nich wszystkich najlżejsza.
 - Kiedy wreszcie postawisz mnie na ziemię?
Nie chciałam być zdana na niego. Denerwowało mnie to, że nic nie mogę zrobić, bo był uparty. Chyba wreszcie trafiłam na charakter podobny do mojego.
 - Nawet bardzo mi się to podoba. - puścił do mnie oczko - Dopiero w samochodzie.
 - Chcesz tak wyjść ze mną na dwór?
 - Dlaczego nie? W końcu się źle czujesz.
Patrzyliśmy przed siebie. Parking nie był za duży. Stały tylko cztery samochody. Jack podszedł do tego największego. Było czarne i miało przyciemniane szyby. Nawet pomyślałam, że są kuloodporne. Jednak po co mielibyśmy jechać takim pancernym wozem? Z łatwością wyjął kluczyki i otworzył drzwi. Posadził mnie na miejscu pasażera z uśmiechem i poszedł na drugą stronę. Nie chciałam z nim nigdzie jechać. A może gdzieś po drodze wyskoczę z samochodu? Tak. Parę metrów za parkingiem.
Gdy Jack wsiadał miał złą minę.
 - O co chodzi? Coś się stało? - pytam
Odwrócił się do mnie i spojrzał mi w oczy.
 - Powiedz mi Rose, dlaczego chcesz ode mnie uciec?
Zbił mnie z tropu. Skąd on o tym wiedział? Przecież nie czyta w moich myślach. No tak... Dar widzenia, a ja podjęłam decyzję. Musiał zobaczyć, jak wyskakuję. Spuściłam wzrok.
 - I to w tak brutalny sposób? Popatrz na mnie, Rose - poprosił.
Przed moimi oczami ukazał się tamten wieczór i... Martin. Bałam się, że jeżeli to zrobię, to coś się stanie z Jack'iem. Wziął mnie pod brodę i uniósł moją głowę w górę. Spojrzałam na niego, na razie nic mu nie jest.
 - Dlaczego? Aż tak mnie nienawidzisz? Rose, zależy mi na tobie. To dlatego nie chciałem byś do nas dołączała, by nic ci się nie stało. Chcę wejść do samochodu, a tu wizja: widzę ciebie, jak parę metrów za parkingiem wyskakujesz. Nie możesz mi robić takich rzeczy. Rozumiesz?
Czy on właśnie powiedział, że mu na mnie zależy? Poczulam się jakoś dziwnie. Tak jakby moje serce zalała fala ciepła.
 - Przepraszam. Ja... to było głupie. Ale po prostu nie chciałam jechać tam z tobą. Nawet nie mogę patrzeć na jedzenie. Od razu mnie mdli. Zaraz... Nie ruszaj się. To oni. Przyszli po mnie...

Rozdział 3. cd

- Co? O czym ty mówisz? Kim jest Martin? - spytał.
- To mój przyjaciel. Przed przemianą byłam z nim na balu, a on tak po prostu stanął w płomieniach. - załkałam. Całkowicie się rozkleiłam.
- Usiądź, bo zaraz zemdlejesz. Znowu.
Zrobiłam, co kazał, bo rzeczywiście nie czułam się najlepiej. Siedzieliśmy na schodach. Opowiedziałam mu wszystko, co się stało tamtej nocy. Nie przerywał mi, tylko co jakiś czas marszczył brwi.
- Dlaczego mówił do ciebie Róża? - zapytał wreszcie.
- To właśnie przez to znamie. Podobały mu się te gwiazdki. Mówił, że dla niego jestem Różą, bo jestem tak ładna, jak one.
Zastanawia mnie dlaczego akurat tym się zainteresował.
- Jadłaś coś w ogóle od tamtego czasu? - spytał nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Nie, ale nie jestem głodna.
- Ja jednak upieram się, żebyśmy poszli na obiad. Tutaj niedaleko jest taka restauracja. Może mdlejesz właśnie dlatego. Jako Szatiarka musisz dużo jeść.
Zrobiłam kwaśną minę, a on się roześmiał. Pierwszy raz go zobaczyłam śmiejącego i dopiero teraz zauważyłam, że ma bardzo seksowne dołeczki.
- To pytanie było tylko grzecznościowe. Albo pójdziesz ze mną dobrowolnie, albo zaprowadzę cię tam siłą.
Mimowolnie się uśmiechnęłam, lecz i tak pokręciłam przecząco głową. W tym momencie na jego twarzy pojawił się diabelski uśmieszek. Nie wiedziałam, jak to odebrać. Po chwili, nieoczekiwanie wziął mnie na ręce, jakby podnosił plecak.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Rozdział 3. Dwie gwiazdy

Bardzo ładny był ten łańcuszek. Niewiarygodnie lekki, co sprawiało, że nie ciążył na szyi. Chociaż nie wiedziałam dokładnie, jaki ja mam mieć w tym wkład.
- Wasza misja to nagradzanie dobra na tym świecie.
- A o jakie dobro, tak w ogóle idzie? - zapytałam.
- Ależ Panie - odezwał się Jack - nie jestem do końca przekonany czy taka dziewczyna, jak ona da sobie radę. Kompletnie nie wie o co w tym chodzi.
Myślał o mnie, jak o pustej, plastikowej lalce Barbie.
- Dlatego jej to wytłumaczysz, młodzieńcze - odpowiedział mistrz Black.
- Tak jest. - niemalże zasalutował, lizus jeden. Nienawidzę takich ludzi. Od razu się we mnie gotuje, gdy słyszę takie coś. Byłam na niego wściekła. Że niby ja nie dam rady?
- Idźcie już drogie dzieci. Jack, odprowadź Rosemarie do samochodu. - powiedział pan.
Posłusznie wyszliśmy z sali tronowej.
- Co to miało znaczyć? - zapytałam. Nie mogłam się powstrzymać, by na niego nie na krzyczeć. Skierowaliśmy się na dół, schodami do wyjścia.
- To, że kompletnie tutaj nie pasujesz. - odpowiedział kpiąco chłopak.

- Ależ ja wcale nie chciałam tutaj być. Zanim się tu znalazłam miałam spokojne, dostatnie życie. Byłam Agryfinką. A teraz? Teraz to ja już nie wiem kim jestem. - powiedziałam, czując łzy w oczach. Chciałam uciec. Jak najdalej od niego kod tych wszystkich nurtujących pytań. Jednak Jack złapał mnie za rękę, zatrzymując.
- Przepraszam. Nie płacz, proszę. Chodziło mi o to, że nie wiem czy ja będę w stanie przekazać ci wszystko, co powinnaś wiedzieć - powiedział.
Nie chciałam, by jakikolwiek chłopak widział mnie w takim stanie. Czułam, że na mnie patrzy. Poczułam jego rękę na ramienia, gdzie poprawiał mi sweterek.
- Co to jest? - zapytał zdziwiony. Podążyłam za jego wzrokiem. Patrzył na moje przedramię.
- To taki ślad, znamię. Mam je od urodzenia. Dwie gwiazdy złączone ze sobą, a w środku kwiat - róża.
Tak naprawdę to właśnie przez ten znak Martin zaczął nazywać mnie Różą.


MARTIN!!! BAL! OGIEŃ!


Teraz już pamiętam. Ale jak to się mogło stać?
- Dobrze się czujesz? - zapytał Jack. - Jakoś tak dziwnie pobladłaś. Może usiądziesz?
- Martin... - powiedziałam cicho - ... on spłonął.

Rozdział 2. Koniec

 - Skoro to jest Zamek Księżyca, to co ja tutaj robię?
 - Nie mogę ci tego powiedzieć , kochanie. To jeszcze nie ten czas. - mówiła madame, kręcąc mi włosy.
 - Ale ja chcę to wiedzieć - zaprotestowałam, lecz udała, że mnie nie słyszy.
Pani Karp przyniosła mój strój. Czarne półbuty i czerwoną sukienkę z krótkim rękawem, odcinaną od talii przed kolana. Do tego czarny sweterek i czarną bransoletkę z diamencikami. Delikatnie włożyła na mnie sukienkę i zapięła mnóstwo guziczków na przodzie.
 - No... Spójrz w lustro, kwiatuszku. - powiedziała z zachwytem. Gdy zobaczyłam swoje odbicie, nie mogłam uwierzyć, że to ja. Byłam piękna.
 - Do tego będzie naszyjnik, który dostaniesz tam na górze - rzekła - Moja gotowa, Heinzie. A jak tam młodzieniec? - zapytała kobieta.
 - Już prawie, prawie. Momencik. - odpowiedział krawiec.
 - Oto on.. - przerwał, spoglądając na mnie. - Cóż to jest za cudo? Piękna twa uroda, pani. Och... Szkoda, że ja jestem dla ciebie za stary, kruszynko.
Czułam, jak się rumienię. Jack również nie mógł oderwać ode mnie wzroku. W jego myślach byłam, jak anioł. Wokół mnie iskrzyło się światło. On też był przystojny. Ubrany został w czarne, materiałowe spodnie i błękitną koszulę na długi rękaw. Włosy miał niedbale ułożone.
 - No... - klasnęła w dłonie pani Sofia - czas iść na górę, drogie dzieci.
      Gdy weszliśmy po schodach, bodajże na samą górę, czyli tam gdzie miałam się znaleźć od początku, zobaczyłam wielkie, zdobione drzwi, które otworzył nam pan Charlie, czekając na nas.
 - Pięknie wyglądasz, panienko - powiedział staruszek.
 - Dziękuję - odpowiedziałam, z uśmiechem.
Naprzeciw drzwi, pod ścianą, stały dwa trony. Na jednym z nich siedział władca, zaś drugie było puste. Pomyślałam, że niegdyś należało do jego żony. Po prawej stronie stał wielki fortepian, a po lewej długi stół i krzesła.
 - No nareszcie. Ślicznie wyglądacie. - rzekł mistrz.
 - Czas wręczyć ci wisior, młoda damo - zabrał głos doktor Miller - Uklęknij przed tronem.
 - Ja, Wielki Mistrz Szatiarzy, Alfons Rudolf Bryan Nicolas Black, ofiaruję Tobie, Rosemarie Isabelle Walker, ten oto wisior miłości. W wierze, że wykorzystasz go prawidłowo, moja trzynasta gwiazdo. - powiedział, zakładając mi na szyję łańcuszek z diamentowym sercem.
 - Dziękuję Mistrzu - odpowiedziałam.
_________________________________________________________________________________

Bardzo przepraszam, że przez kilka dni nie było rozdziałów, po prostu byłam w szpitalu i nie mogłam dodać. Dziś może dodam jeszcze jeden.
Pozdrawiam 😃

piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział 2.

Zeszliśmy schodami o jedno piętro. Prosto do pokoju krawcowej. To pomieszczenie było nieziemsko piękne. Chodziłam tysiąc razy do salonów urody, ale żaden nie był taki, jak ten. Ściany były kanarkowo-żółte. Wisiały na nich obrazy z motywami kwiatowymi. Na środku stał szklany stół i biała, skórzana kanapa. Z lewej i z prawej strony pod ścianą stały kotary. Jedna różowa, druga niebieska. Naprzeciwko wejścia były dwie pary drewnianych drzwi.
- O mój Boże... - zabrakło mi słów. - Tu jest bajecznie.
- No wiem, kwiatuszku. Teraz pójdziemy do łazienki, a chłopak tutaj zostanie. - powiedziała madame.
- Naturalnie, pani Sofio. - odpowiedział Jack.
Łazienka była jasnozielona i bardzo duża. Pod ścianą stała duża, biała wanna, a w rogu prysznic. Po prawej stronie umywalka i lustro, zaś po lewej toaleta.
- Czemu jestem tu z tym "gogusiem"? - zapytałam kobietę.
- Dlaczego mówisz na niego "goguś"? - zdziwiła się madame Karp, zdejmując moją sukienkę.
- Ponieważ taki mi się wydaje. Opryskliwy i niemiły wobec mnie. - odpowiedziałam, myjąc się
- Nie zna cię. Najpierw musi się do ciebie przyzwyczaić. Mimo iż jest zabójczo przystojny. Nie powiesz mi chyba, że nie zrobił na tobie wrażenia, skowroneczku? - zapytała kobieta.
- Tak szczerze to nie zwróciłam na to uwagi.
- Każda dziewczyna, jak i kobieta szaleją za tym młodzieńcem. - powiedziała, podając mi mięciutki ręcznik. Dokładnie się wytarłam i założyłam bieliznę oraz szlafrok. Gdy wyszłyśmy z łazienki Jack siedział na sofie. Zza drzwi po męskiej stronie wyłonił się mężczyzna, który miał czarne, postawione na żel włosy, prosty nos i brązowe oczy. Ubrany był w niebieską koszulę w kratę, czarną kamizelkę i jeansy. Do tego miał brązowe trzewiki.
- No! Twoja kolej "panie ładny". Trzeba cię ubrać na wizytę u władcy. Och... gdzie moje maniery. Nazywam się Heinz Wollart i jestem krawcem dla naszego młodzieńca. - zwrócił się do mnie.
- Miło mi, jestem Rosemarie Walker. - powiedziałam. Ujął moją dłoń i pocałował ją z grzecznością, później udał się z Jack'iem za kotarę, a ja postanowiłam wypytać trochę panią Sofię.

środa, 13 kwietnia 2016

Rozdział 2.

- Jestem Wielkim Mistrzem Szatiarzy, moja droga Rosemarie. Stałaś się nią dlatego, że masz dobre serce. Wiem, że umiesz czytać w myślach, dlatego to robię. Cieszę się, że mamy cię w naszym gronie. Jesteś ostatnią trzynastą gwiazdą. W tym pomieszczeniu jest jeszcze jedna gwiazda - to Jack. On jest numerem cztery. Doktor Stephen Miller jest tu po to, aby pomagać nam z wszelkimi rodzaju chorobami. Pan Charlie Braun to bardzo miła osoba, która oprowadzi cię po tym wszystkim. Dzięki przemianie zmieniłaś się również fizycznie. Twoje włosy stały się dłuższe, jesteś szczuplejsza, twoje oczy nabrały blasu, a Twe wdzięki się wyeksponowały. Dostałaś ode mnie trzy dary: szybkość oraz lepszy wzrok i słuch. Mam nadzieję, że wykorzystasz je w dobrych celach. - pomyślał. Był dość niskim i tęgim starszym panem. Miał czarno-fioletową togę. Jego oczy były koloru mlecznej czekolady. Bardzo ciepłe i przyjazne.

- Oczywiście. Postaram się. - odpowiedziałam. Nagle poczułam coś bardzo podekscytowanego.
- Ktoś tu idzie i chyba niezmiernie pragnie się ze mną zobaczyć.
- Ach to przecież madame Karp. - powiedział pan Charlie. Do pomieszczenia weszła kobieta około trzydziestki. Włosy miała uczesane w kucyk, oczy koloru złotego piwa i różowe, delikatnie przypudrowane policzki. Ubrana była w czarny T-Shirt, dopasowane rurki i beżowy sweterek. Na nogach miała czarne baletki, zaś na jej szyi wisiała taśma metrowa.
- Jakaś ty piękna Rosemarie. - weszła zachwycając się mną.
- Czemu każdy tutaj wie, jak mam na imię? - to pytanie ciekawiło mnie odkąd się obudziłam.
- Jack nam powiedział. Widzi przyszłość. To stąd wiedzieliśmy, gdzie i kiedy mamy cię szukać. - wyjaśnił wielki pan. Spojrzałam na Jack'a. Jego twarz niczego nie wyrażała, a nie chciałam zaglądać w jego myśli. Po prostu wolałam być już w swoim pokoju.
- Bardzo miło mi było państwa poznać, ale muszę już wracać do domu. - powiedziałam wstając z leżanki.
- Nie... tak szybko. Jest jeszcze wiele rzeczy do ustalenia. - rzekł doktor Miller.
- No tak, a poza tym muszę cię jakoś ubrać. Spójrz, jak ty wyglądasz, kochanie. - powiedziała madame Karp. Rzeczywiście, byłam cała w błocie. Suknię miałam poszarpaną. Włosy w strąkach i pewnie jeszcze byłam cała rozmazana. Na dodatek zgubiłam buta, a były takie ładne. Doprawdy nie wiem, co ona we mnie widziała.
- Rosemarie, pójdziesz teraz z madame i Jack'iem do salonu piękności, tam zrobią cię na bóstwo. Po południu dam ci mały prezent i wtedy będziesz mogła wrócić do domu. - powiedział mistrz.

__________________________________________________

Dzięki Karinga, że czytasz i komentujesz. Jeżeli ktoś uważa, że trzeba coś zmienić to chętnie posłucham propozycji.


wtorek, 12 kwietnia 2016

Rozdział 2. Tajemnica

Obudziłam się cała obolała, leżąc na łóżku szpitalnym. Nade mną świeciły halogeny. Pokój był duży, miał ciepły, żółty kolor. Obok łóżka stały narzędzia chirurgiczne. Bardziej w głąb ciemnobrązowe, mocne biurko. W pokoju nie byłam sama.
- No wreszcie. Obudziła się Księżniczka. - powiedział Jack.
- Czemu nazywasz mnie księżniczką?
- Sądząc po twoim ubiorze, zgaduję że byłaś na balu, gdy to się stało.
Właśnie! Przypominało mi się. Byłam na balu. Tylko co ja tam robiłam?
- Dlaczego boli mnie głowa? - zapytałam.
- Spokojnie. Nie upadłaś, bo Jack cię złapał. To potrwa przez parę minut. - powiedział pan Stephen.
- Co tak w ogóle się ze mną stało? Zemdlałam?
- Tak. Naprawdę nas przestraszyłaś. To nie powinno się było wydarzyć. Miałaś już kiedyś podobne omdlenia? - spytał doktor - Lub może to tylko ze stresu.
- Wręcz przeciwnie. Nigdy nie chorowałam.
- Hmm... - myślał pan Miller, przechadzając się po pokoju.
- Chodź Rosemarie. Musimy już iść. Wielki Pan nie może czekać. - powiedział pan Charlie. Skinęłam głową. Jednak po wstaniu z leżanki zatoczyłam koło i przewróciłabym się, gdyby nie Jack, który mnie przytrzymał.
- Dzięki. - powiedziałam z bladym uśmiechem.
- Moim zdaniem powinna jeszcze trochę poleżeć. Ja powiadomię Wielkiego Mistrza, że naszą Rose na razie nie jest w formie, by zaszczycić Go spotkaniem. - odrzekł chłopak do staruszka.
- Dobrze. W takim razie idź chłopche, a ty, młoda samo, połóż się jeszcze. - powiedział zatroskany pan Charlie.
- Co to za miejsce? - zapytałam, gdy wyszedł.
- To jest Kwatera Księżyca. - odpowiedział mi staruszek.
- Głupia dziewucha! Nie zadawaj takich pytań nam. - rzekł doktor Miller. Już miałam coś powiedzieć, gdy nagle poczułam obecność Jack'a. Ha! Czyli mój GPS w głowie nadal działa. Super!
- Dlaczego Jack stoi za drzwiami? Nie może tutaj wejść? - zapytałam. Po chwili drzwi się otworzyły i pojawił się w nich chłopak.
- Zaraz... Skąd ty...? - jąkał się doktor.
- Ponieważ ona wie takie rzeczy, Stephenie. - odpowiedział mu ochrypły głos wyłaniający się z mroku.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Koniec rozdziału 1

- Czy to ona? - zapytał spoglądając na mnie. Pan Charlie potwierdził skinieniem głowy. Za to mężczyzna w jednej chwili złapał mnie za rękę i zaczął biec. Byłam zmuszona do tego samego. Zdenerwował mnie takim zachowaniem, więc sprytnie go wyminęłam i sprawiłam, by się zatrzymał. Automatycznie puścił moją rękę. Za nami dotarł zdyszany pan Charlie.
- Kim pan jest i co tu się do cholery dzieje? - zapytałam. Mężczyzna milczał, wybałuszając na mnie oczy i otwierając buzię. Za to staruszek pochylił się nad kolanami i ciężko oddychał. Czułam, jak się we mnie gotuje.
- Halo! Czy ktoś raczy odpowiedzieć na moje pytania? - Byłam naprawdę wściekła.
Nagle za mną pojawił się chłopak, mniej więcej w moim wieku. Był ubrany w czarną koszulkę i wytarte jeansy. Miał krótkie, blond włosy. Za to jego twarz i zielone oczy wyrażały zniecierpliwienie.
- Czemu to tak długo trwa, doktorze Miller? - spytał chłopak łysiejącego mężczyzny.
- Ona zadaje za dużo pytań. Chce wiedzieć kim jestem i co z nią zrobię. Jak na osiemnastolatkę jest niezwykle wulgarna. - odpowiedział wzburzony.
- Ja jestem Jack. - powiedział obojętnie - Zaprowadzę cię do najwyższej sali w tym budynku.
Ruszyliśmy więc w drogę. Słyszałam, jak panowie rozmawiają ze sobą.
- To wprost nie do wiary! Jak ona mogła mnie tak potraktować? Mnie! Uznawanego doktora. Jest za bardzo pyskata i niezmiernie wścibska. - powiedział pan Miller.
- Cóż, Stephenie, będziesz musiał z tym żyć.
Czy to znaczyło, że ja tu zostanę na dłużej? Chciałam wrócić do swojego normalnego życia.
Wreszcie wyszliśmy z tunelu i zaczęliśmy wchodzić po bardzo kręconych, starych, lekko skruszałych schodach. To była najprawdopodobniej ostatnia rzecz, jaką pamiętam, bo później widziałam tylko ciemność.

Rozdział 1 cd

- Spójrz na mnie, Różo. - poprosił. Używał tego zdrobnienia odkąd zaczęliśmy podstawówkę.
Spojrzałam na niego, a on w jednym momencie stanął w płomieniach. Byłam oszołomiona. Co się stało? Ludzie tak po prostu nie płoną. Wszyscy goście patrzyli na mnie i na prochy Martina. Do oczu napłynęły mi łzy i zrobiło mi się niedobrze. Szybko, więc wybiegłam z budynku. Oparłam się o balustradę i pochyliłam głowę w dół. Mroźne powietrze dobrze mi zrobiło, od razu poczułam się lepiej. Po chwili ujrzałam dwóch mężczyzn i dziewczynkę. Mężczyźni to byli Partysowie, czyli dla nas Agryfinów czarna krew. Za to dziewczynka była najzwyklejszym człowiekiem. Miała osiem lat, ona i jej rodzice mieszkali kilka domów ode mnie. Opiekowałam się nią. To była Barbra. Wykorzystałam mój dar czytania w myślach i usłyszałam, że chcą ją zabić. Nagle, jak poparzona ruszyłam pędem przed siebie. Jeden drągal wyjął z podręcznego plecaka nóż, zaś drugi przytrzymał dziewczynkę i zakrył jej usta. Moje zmysły zadziałały, jak petarda. Po raz pierwszy tak szybko biegłam. Widziałam strach w jej oczach i tylko ja mogłam jej teraz pomóc. Niestety rozpędziłam się na tyle, że weszłam pomiędzy Barbrę, a nóż. Partysowie klnęli, ponieważ zostają zabici, gdy ktoś odda życie za ich ofiarę. Widziałam, jak dziewczynka ucieka z płaczem. Ja natomiast osunęłam się sztywna na ziemię. 
Nigdy nie wiedziałam, jakie to uczucie. Czytałam w starożytnych księgach, że kiedyś miały miejsce podobne incydenty, ale tylko trzynaście razy na wiek. Jednak nie przypuszczałam, że to będę ja. Gdy zamykałam oczy ku mojemu zdziwieniu ukazał się Duch Święty.
- Rosemarie Walker stałaś się ostatnią Szatiarką. W swoim czasie się wszystkiego dowiesz. Twój Pan Ci wszystko powie. Wkrótce ktoś po Ciebie przyjdzie. - powiedział. To były ostatnie słowa, jakie pamiętam.
Gdy się przebudziłam nade mną stał starszy mężczyzna z wąsami i drewnianą laską w ręce.
- Chodź ze mną moje dziecko. Zaprowadzę cię do kwatery głównej. Poszłam za nim nie zadając pytań. W głowie miałam tonę myśli. Co się ze mną stało? Co to znaczy, że jestem Szatiarką? Co będę teraz robić? Kim jest mój Pan? Jak długo byłam nieprzytomna? Czy zmieniłam się fizycznie? Kim jest ten staruszek? Co ze mną zrobią? Czy może to mi się śni i niedługo się obudzę? Dlaczego boli mnie głowa? Przynajmniej wiedziałam jedno: na pewno byłam w tym wszystkim kompletnie zagubiona, co jest dla mnie nowością. A najgorsze jest to, że nie pamiętam, co robiłam dziś wieczorem.
Przechodziliśmy przez jakieś krzaki, zaczynało świtać. Wkrótce dotarliśmy do tunelu, który był oświetlony pochodniami, jak w średniowieczu. Mimo chłodu na dworze, w tej dziurze nie było tak zimno. Powiedziałabym nawet, że jest tu temperatura pokojowa.
- Kim pan jest? - zapytałam wreszcie.
- Ja, drogie dziecko, jestem Charlie. Przydzielono mnie na twojego opiekuna. Mam dopilnować, by nic ci się nie stało. - odpowiedział uprzejmie. Chciałam zadać mu jedno z dręczących mnie pytań.
- Co to znaczy, że jestem Szatiarką?
- Niestety nie mogę ci udzielić odpowiedzi na to pytanie. Nie jestem twoim Panem, tylko on może ci wszystko wyjaśnić. - rzekł spokojnie. Ja już o nic nie pytałam. Szliśmy w milczeniu przez dziesięć minut. Na końcu tego korytarza pojawił się blask światła. Lecz nie takiego, jaki dawały pochodnie. Przypominało to światło latarki. Rzeczywiście, po dwóch minutach za latarką stał kolejny mężczyzna. Pan Charlie na jego widok, nie wiedzieć czemu, zesztywniał nagle. Ubrany był w czarne, materiałowe spodnie i kremową koszulkę. Na to miał zarzucony biały kitel. Wyglądał trochę, jak lekarz około czterdziestki. Lekko łysiał. Nie mogłam odczytać jego wyrazu twarzy.

Rozdział 1. Ból

Lubiłam dużo gadać i nie owijać w bawełnę, jednak zawsze prawdę. Między innymi za to ludzie mnie nienawidzili. Gdy ktoś mi przygadał, ja odszczekiwałam się z dziesięć razy większą siłą. Sprawiałam, że moi wrogowie się mnie bali. Jednak miałam także dobre strony. Byłam zabawna, otwarta na ludzi i za wszelką cenę dążyłam do postawionego sobie celu, co cechowało mnie pewnością siebie. Nauczyciele uważali mnie za wulgarną i pyskatą zołzę, lecz nawet rada pedagogiczna nie była w stanie przerwać mi mojego słownictwa.
Jestem inna niż reszta dziewcząt w moim wieku. Jestem wyjątkowa. Potrafię czytać ludziom w myślach, jestem w stanie zobaczyć każdy szczegół w ich życiu. Jednak za często tego nie robię, ponieważ byłoby to nie fair wobec tych ludzi. Drugim darem, jaki posiadam jest tak zwany GPS, tylko że w głowie. Wiem, gdzie się znajduje poszukiwana przeze mnie osoba. To bardzo rzadkie w mojej rasie. Jako jedyna posiadam dwie moce. W moich dziwactwach nie jestem sama. Są ludzie podobni do mnie. Na przykład rażą prądem, czują to co czuje inna osoba, mogą zmieniać pamięć, stwarzać iluzję. Kiedyś było nas znacznie więcej. Aktualnie jest tylko pięćdziesiąt dusz Agryfinów.
Dzisiejszego wieczoru wybierałam się na bal. Miałam na sobie jedwabną sukienkę na długi rękaw, w kolorze kości słoniowej. Dopasowana była pasem, związanym na kokardę na plecach. Pod dekoltem miała różnokolorowe cekiny. Do tego były białe, cudowne szpilki, na bardzo wysokim obcasie. Włosy miałam delikatnie podkręcone na końcówkach.
Tańczyłam na jednym z najwspanialszych bali w tym roku. Rodzina Martina Newtona zawsze wyprawiała bardzo szykowne i wystawne tego typu zabawy. Ten bal był w ich wielkiej rezydencji. Sala była w kolorze szlachetnego złota. Z sufitu zwisały kryształowe żyrandole. Parkiet błyszczał od nadmiaru pasty do podłóg. Wokół chodziło mnóstwo kelnerów w białych koszulach i spodniach od garnituru. Ich ręce pokrywały nieskazitelne rękawiczki. W dłoniach trzymali srebrne tace z drogim szampanem. Pod południową ścianą stała elegancko ubrana orkiestra. 
Byłam jedną z najzamożniejszych i wpływowych ludzi w mieście, która została na niego zaproszona. Jako najpiękniejsza dama wieczoru każdy chciał ze mną zatańczyć. Martin Newton poprosił, abym zaszczyciła go ostatnim tańcem tej nocy. Chłopak był tuż pode mną w hierarchii bogactwa. Ubrany w kremowy smoking zaczął walca wiedeńskiego. Miał białe lakierki, a w marynarce widniała krwistoczerwona róża. Włosy miały kolor hebanu schludnie ułożone na prawą stronę, co w ogóle do niego nie pasowało, ponieważ na co dzień miał artystyczny nieład na głowie. Jego oczy podobnie, jak włosy były czarne. Chociaż dzisiaj bardziej przypominały ciemny brąz niż odcień czerni. Nie bałam się ich. Znałam je jeszcze, gdy byłam dzieckiem. Nasze mamy poznały się pewnego razu na placu zabaw i od tego czasu stały się przyjaciółkami. Podobnie, jak my. Niestety moja mama zmarła dwa lata temu na białaczkę. Nikt nie mógł jej pomóc. Wiem, że bardzo mnie kochała. Pół roku później rodzicielka Martina chciała mnie adoptować, jednak do kraju przybyła siostra mamy, która poprosiła ciotkę o opiekę nade mną dopóki nie skończę osiemnastu lat. Codziennie odwiedzałam chłopaka, byliśmy nierozłączni. Zastępował mi brata, którego nigdy nie miałam. Teraz tańczyłam na jego balu, w jego ramionach. Były takie silne. Wiedziałam, że nie pozwoli mi upaść.

Prolog


Prolog



Na Miłość prawdziwą czekałeś,
W twarz niejeden raz dostałeś.
Naiwnie o Nią walczyłeś,
Lecz siły w końcu straciłeś.
Dręczyłeś się dniami i nocami,
A Ona Cię zraniła bolesnymi słowami.
Żyjesz w bólu Miłości,
Przez głupie słowa pustej piękności.


sobota, 9 kwietnia 2016

Cześć

Witam!
Jestem Anita, mam 18 lat i chodzę do Technikum Informatycznego. Kocham Muzykę. Mam dwoje młodszego rodzeństwa: brata i siostrę. Ten blog to będzie moja książka, którą piszę.