poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Rozdział 1. Ból

Lubiłam dużo gadać i nie owijać w bawełnę, jednak zawsze prawdę. Między innymi za to ludzie mnie nienawidzili. Gdy ktoś mi przygadał, ja odszczekiwałam się z dziesięć razy większą siłą. Sprawiałam, że moi wrogowie się mnie bali. Jednak miałam także dobre strony. Byłam zabawna, otwarta na ludzi i za wszelką cenę dążyłam do postawionego sobie celu, co cechowało mnie pewnością siebie. Nauczyciele uważali mnie za wulgarną i pyskatą zołzę, lecz nawet rada pedagogiczna nie była w stanie przerwać mi mojego słownictwa.
Jestem inna niż reszta dziewcząt w moim wieku. Jestem wyjątkowa. Potrafię czytać ludziom w myślach, jestem w stanie zobaczyć każdy szczegół w ich życiu. Jednak za często tego nie robię, ponieważ byłoby to nie fair wobec tych ludzi. Drugim darem, jaki posiadam jest tak zwany GPS, tylko że w głowie. Wiem, gdzie się znajduje poszukiwana przeze mnie osoba. To bardzo rzadkie w mojej rasie. Jako jedyna posiadam dwie moce. W moich dziwactwach nie jestem sama. Są ludzie podobni do mnie. Na przykład rażą prądem, czują to co czuje inna osoba, mogą zmieniać pamięć, stwarzać iluzję. Kiedyś było nas znacznie więcej. Aktualnie jest tylko pięćdziesiąt dusz Agryfinów.
Dzisiejszego wieczoru wybierałam się na bal. Miałam na sobie jedwabną sukienkę na długi rękaw, w kolorze kości słoniowej. Dopasowana była pasem, związanym na kokardę na plecach. Pod dekoltem miała różnokolorowe cekiny. Do tego były białe, cudowne szpilki, na bardzo wysokim obcasie. Włosy miałam delikatnie podkręcone na końcówkach.
Tańczyłam na jednym z najwspanialszych bali w tym roku. Rodzina Martina Newtona zawsze wyprawiała bardzo szykowne i wystawne tego typu zabawy. Ten bal był w ich wielkiej rezydencji. Sala była w kolorze szlachetnego złota. Z sufitu zwisały kryształowe żyrandole. Parkiet błyszczał od nadmiaru pasty do podłóg. Wokół chodziło mnóstwo kelnerów w białych koszulach i spodniach od garnituru. Ich ręce pokrywały nieskazitelne rękawiczki. W dłoniach trzymali srebrne tace z drogim szampanem. Pod południową ścianą stała elegancko ubrana orkiestra. 
Byłam jedną z najzamożniejszych i wpływowych ludzi w mieście, która została na niego zaproszona. Jako najpiękniejsza dama wieczoru każdy chciał ze mną zatańczyć. Martin Newton poprosił, abym zaszczyciła go ostatnim tańcem tej nocy. Chłopak był tuż pode mną w hierarchii bogactwa. Ubrany w kremowy smoking zaczął walca wiedeńskiego. Miał białe lakierki, a w marynarce widniała krwistoczerwona róża. Włosy miały kolor hebanu schludnie ułożone na prawą stronę, co w ogóle do niego nie pasowało, ponieważ na co dzień miał artystyczny nieład na głowie. Jego oczy podobnie, jak włosy były czarne. Chociaż dzisiaj bardziej przypominały ciemny brąz niż odcień czerni. Nie bałam się ich. Znałam je jeszcze, gdy byłam dzieckiem. Nasze mamy poznały się pewnego razu na placu zabaw i od tego czasu stały się przyjaciółkami. Podobnie, jak my. Niestety moja mama zmarła dwa lata temu na białaczkę. Nikt nie mógł jej pomóc. Wiem, że bardzo mnie kochała. Pół roku później rodzicielka Martina chciała mnie adoptować, jednak do kraju przybyła siostra mamy, która poprosiła ciotkę o opiekę nade mną dopóki nie skończę osiemnastu lat. Codziennie odwiedzałam chłopaka, byliśmy nierozłączni. Zastępował mi brata, którego nigdy nie miałam. Teraz tańczyłam na jego balu, w jego ramionach. Były takie silne. Wiedziałam, że nie pozwoli mi upaść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz