- Jestem Wielkim Mistrzem Szatiarzy, moja droga Rosemarie. Stałaś się nią dlatego, że masz dobre serce. Wiem, że umiesz czytać w myślach, dlatego to robię. Cieszę się, że mamy cię w naszym gronie. Jesteś ostatnią trzynastą gwiazdą. W tym pomieszczeniu jest jeszcze jedna gwiazda - to Jack. On jest numerem cztery. Doktor Stephen Miller jest tu po to, aby pomagać nam z wszelkimi rodzaju chorobami. Pan Charlie Braun to bardzo miła osoba, która oprowadzi cię po tym wszystkim. Dzięki przemianie zmieniłaś się również fizycznie. Twoje włosy stały się dłuższe, jesteś szczuplejsza, twoje oczy nabrały blasu, a Twe wdzięki się wyeksponowały. Dostałaś ode mnie trzy dary: szybkość oraz lepszy wzrok i słuch. Mam nadzieję, że wykorzystasz je w dobrych celach. - pomyślał. Był dość niskim i tęgim starszym panem. Miał czarno-fioletową togę. Jego oczy były koloru mlecznej czekolady. Bardzo ciepłe i przyjazne.
- Oczywiście. Postaram się. - odpowiedziałam. Nagle poczułam coś bardzo podekscytowanego.
- Ktoś tu idzie i chyba niezmiernie pragnie się ze mną zobaczyć.
- Ach to przecież madame Karp. - powiedział pan Charlie. Do pomieszczenia weszła kobieta około trzydziestki. Włosy miała uczesane w kucyk, oczy koloru złotego piwa i różowe, delikatnie przypudrowane policzki. Ubrana była w czarny T-Shirt, dopasowane rurki i beżowy sweterek. Na nogach miała czarne baletki, zaś na jej szyi wisiała taśma metrowa.
- Jakaś ty piękna Rosemarie. - weszła zachwycając się mną.
- Czemu każdy tutaj wie, jak mam na imię? - to pytanie ciekawiło mnie odkąd się obudziłam.
- Jack nam powiedział. Widzi przyszłość. To stąd wiedzieliśmy, gdzie i kiedy mamy cię szukać. - wyjaśnił wielki pan. Spojrzałam na Jack'a. Jego twarz niczego nie wyrażała, a nie chciałam zaglądać w jego myśli. Po prostu wolałam być już w swoim pokoju.
- Bardzo miło mi było państwa poznać, ale muszę już wracać do domu. - powiedziałam wstając z leżanki.
- Nie... tak szybko. Jest jeszcze wiele rzeczy do ustalenia. - rzekł doktor Miller.
- No tak, a poza tym muszę cię jakoś ubrać. Spójrz, jak ty wyglądasz, kochanie. - powiedziała madame Karp. Rzeczywiście, byłam cała w błocie. Suknię miałam poszarpaną. Włosy w strąkach i pewnie jeszcze byłam cała rozmazana. Na dodatek zgubiłam buta, a były takie ładne. Doprawdy nie wiem, co ona we mnie widziała.
- Rosemarie, pójdziesz teraz z madame i Jack'iem do salonu piękności, tam zrobią cię na bóstwo. Po południu dam ci mały prezent i wtedy będziesz mogła wrócić do domu. - powiedział mistrz.
Dzięki Karinga, że czytasz i komentujesz. Jeżeli ktoś uważa, że trzeba coś zmienić to chętnie posłucham propozycji.
Nie ma za co. Lubię spędzać wolny czas czytając dobre blogi, a ten zdecydowanie taki jest. Jestem bardzo ciekawa kolejnych wydarzeń. Tylko w kwestii wyjaśnienia: ona nie umarła? Jak to się stało, że żyje? Czekam na następny i życzę dużo weny. :-*
OdpowiedzUsuń