Bardzo ładny był ten łańcuszek. Niewiarygodnie lekki, co sprawiało, że nie ciążył na szyi. Chociaż nie wiedziałam dokładnie, jaki ja mam mieć w tym wkład.
- Wasza misja to nagradzanie dobra na tym świecie.
- A o jakie dobro, tak w ogóle idzie? - zapytałam.
- Ależ Panie - odezwał się Jack - nie jestem do końca przekonany czy taka dziewczyna, jak ona da sobie radę. Kompletnie nie wie o co w tym chodzi.
Myślał o mnie, jak o pustej, plastikowej lalce Barbie.
- Dlatego jej to wytłumaczysz, młodzieńcze - odpowiedział mistrz Black.
- Tak jest. - niemalże zasalutował, lizus jeden. Nienawidzę takich ludzi. Od razu się we mnie gotuje, gdy słyszę takie coś. Byłam na niego wściekła. Że niby ja nie dam rady?
- Idźcie już drogie dzieci. Jack, odprowadź Rosemarie do samochodu. - powiedział pan.
Posłusznie wyszliśmy z sali tronowej.
- Co to miało znaczyć? - zapytałam. Nie mogłam się powstrzymać, by na niego nie na krzyczeć. Skierowaliśmy się na dół, schodami do wyjścia.
- To, że kompletnie tutaj nie pasujesz. - odpowiedział kpiąco chłopak.
- Ależ ja wcale nie chciałam tutaj być. Zanim się tu znalazłam miałam spokojne, dostatnie życie. Byłam Agryfinką. A teraz? Teraz to ja już nie wiem kim jestem. - powiedziałam, czując łzy w oczach. Chciałam uciec. Jak najdalej od niego kod tych wszystkich nurtujących pytań. Jednak Jack złapał mnie za rękę, zatrzymując.
- Przepraszam. Nie płacz, proszę. Chodziło mi o to, że nie wiem czy ja będę w stanie przekazać ci wszystko, co powinnaś wiedzieć - powiedział.
Nie chciałam, by jakikolwiek chłopak widział mnie w takim stanie. Czułam, że na mnie patrzy. Poczułam jego rękę na ramienia, gdzie poprawiał mi sweterek.
- Co to jest? - zapytał zdziwiony. Podążyłam za jego wzrokiem. Patrzył na moje przedramię.
- To taki ślad, znamię. Mam je od urodzenia. Dwie gwiazdy złączone ze sobą, a w środku kwiat - róża.
Tak naprawdę to właśnie przez ten znak Martin zaczął nazywać mnie Różą.
Teraz już pamiętam. Ale jak to się mogło stać?
- Dobrze się czujesz? - zapytał Jack. - Jakoś tak dziwnie pobladłaś. Może usiądziesz?
- Martin... - powiedziałam cicho - ... on spłonął.
- Wasza misja to nagradzanie dobra na tym świecie.
- A o jakie dobro, tak w ogóle idzie? - zapytałam.
- Ależ Panie - odezwał się Jack - nie jestem do końca przekonany czy taka dziewczyna, jak ona da sobie radę. Kompletnie nie wie o co w tym chodzi.
Myślał o mnie, jak o pustej, plastikowej lalce Barbie.
- Dlatego jej to wytłumaczysz, młodzieńcze - odpowiedział mistrz Black.
- Tak jest. - niemalże zasalutował, lizus jeden. Nienawidzę takich ludzi. Od razu się we mnie gotuje, gdy słyszę takie coś. Byłam na niego wściekła. Że niby ja nie dam rady?
- Idźcie już drogie dzieci. Jack, odprowadź Rosemarie do samochodu. - powiedział pan.
Posłusznie wyszliśmy z sali tronowej.
- Co to miało znaczyć? - zapytałam. Nie mogłam się powstrzymać, by na niego nie na krzyczeć. Skierowaliśmy się na dół, schodami do wyjścia.
- To, że kompletnie tutaj nie pasujesz. - odpowiedział kpiąco chłopak.
- Ależ ja wcale nie chciałam tutaj być. Zanim się tu znalazłam miałam spokojne, dostatnie życie. Byłam Agryfinką. A teraz? Teraz to ja już nie wiem kim jestem. - powiedziałam, czując łzy w oczach. Chciałam uciec. Jak najdalej od niego kod tych wszystkich nurtujących pytań. Jednak Jack złapał mnie za rękę, zatrzymując.
- Przepraszam. Nie płacz, proszę. Chodziło mi o to, że nie wiem czy ja będę w stanie przekazać ci wszystko, co powinnaś wiedzieć - powiedział.
Nie chciałam, by jakikolwiek chłopak widział mnie w takim stanie. Czułam, że na mnie patrzy. Poczułam jego rękę na ramienia, gdzie poprawiał mi sweterek.
- Co to jest? - zapytał zdziwiony. Podążyłam za jego wzrokiem. Patrzył na moje przedramię.
- To taki ślad, znamię. Mam je od urodzenia. Dwie gwiazdy złączone ze sobą, a w środku kwiat - róża.
Tak naprawdę to właśnie przez ten znak Martin zaczął nazywać mnie Różą.
MARTIN!!! BAL! OGIEŃ!
Teraz już pamiętam. Ale jak to się mogło stać?
- Dobrze się czujesz? - zapytał Jack. - Jakoś tak dziwnie pobladłaś. Może usiądziesz?
- Martin... - powiedziałam cicho - ... on spłonął.
O biedna, przypomniała sobie. Ten Zack jest okropny i strasznie chwiejny. Raz ją lubi, raz obraża, kpi, a później chce pomóc. Biedna, zniszczyli jej życie. I CO Z MARTINEM?!!!
OdpowiedzUsuńCzakam na następny. Wstaw go jak najszybciej. Pozdrawiam i życzę weny.
:-****